Otóż osoby publiczne muszą zachowywać pozory. Wprawdzie inaczej jest nieco w krajach takich jak Ameryka, a inaczej w katolickich krajach Europy, w których osobie publicznej wolno więcej niż w kulturze purytańskiej – ale tu i tam trzeba zachowywać się publicznie poprawnie i nie dawać okazji do negatywnych komentarzy. Dlaczego trzeba? Dlatego, że się zostało politykiem, a zatem niekoniecznie wzorem dobrego zachowania, ale już na pewno nie wzorem zachowania nagannego.

Możemy przytoczyć bardzo interesujące przykłady, które świadczą o tym, że – przy zachowaniu pozorów – nawet powszechnie potępiane postępowanie nie wzbudzi szczególnie negatywnych emocji oraz – przeciwnie – przy ich niezachowaniu może się ono skończyć fatalnie dla danej osoby publicznej. Oczywiste przykłady to John Kennedy i Francois Mitterand, którzy obaj byli – delikatnie mówiąc – kobieciarzami, ale się z tym nie afiszowali i specjalnie im tego nie wyrzucano. Zaś przykład przeciwny to pewien polski biskup ordynariusz, który już czas jakiś temu urządził w pałacu biskupim wesele swojego syna. Musiał odejść, chociaż wszyscy wiemy, że księża miewają dzieci i bliskie znajome. Nie zachował minimum pozorów.

Oskarża się czasem polityków o to, co w Polsce ostatnio się nazywa „chorobą filipińską”. I tu sprawy mają się bardzo różnie. Pewien wybitny brytyjski minister spraw zagranicznych, także czas jakiś temu, w ramach pełnienia funkcji zawodowych udał się w Londynie do ambasady jednego z państw. Był tak pijany, że kiedy zagrała muzyka zaprosił, jak mniemał, sąsiadkę do tańca. Sąsiadka odrzekła, że nie może zatańczyć z ministrem, gdyż jest kardynałem Limy, a muzyka, jaką słychać to hymn narodowy Peru. Ministrowi włos z głowy nie spadł, gdyż nie naruszył swojego publicznego wizerunku ani pozorów (nie było przy tym ani gazet, ani telewizji). Jednak publiczne przemawianie w stanie lekkiego upojenia całkowicie kompromituje polityka i to z reguły raz na zawsze (poza Breżniewem czy Jelcynem).

Polityk zatem nie bardzo powinien się rozwodzić i nie bardzo powinien być człowiekiem samotnym. Najlepiej kilkoro dzieci i pełna ciepła żona, a jak się nie da, to trzeba z tego zrobić fajerwerk, jak to uczynił Nicolas Sarkozy, któremu też cała sprawa na pewno nie dała atutów. W demokracji bowiem jest tak, że odruchowo chcielibyśmy, żeby politycy byli nie tyle tacy jak my (bo wielu z nas przecież nie zachowuje pozorów), ale tacy jak wyobrażamy sobie, że my powinniśmy być – czyli porządni nieco ponad przeciętną. Fenomen ten świadczy o tym, jak marna jest ludzka natura, ale to wiadomo przecież doskonale także skądinąd. Od polityków przecież nie wymagamy (zwłaszcza w demokracji), by byli nauczycielami moralności. Przeciwnie, kiedy za dużo moralizują, budzi to raczej nasze protesty. A jednak oczekujemy, by zachowywali pozory, że zachowują się zgodnie z wymaganiami najbardziej banalnych reguł obyczajowych i moralnych. Czyżby świat stał na pozorach?

Podejrzewam, że jest tak rzeczywiście. Kryzys gospodarczy, jaki obecnie przeżywamy, zaczął się od tego, że bankierzy przestali zachowywać pozory, a wielu z nas – w świecie zachodnim – także przekroczyło dobre mieszczańskie pozory zaufania i roztropności w operowaniu pieniędzmi. Przecież i dawniej zdarzały się bankowe afery i prywatne bankructwa, ale dbano o pozory. Teraz zaś ci bankierzy, którzy w Ameryce pojechali bawić się za grube pieniądze po otrzymaniu pomocy od rządu, czy ci, którzy we Francji zrzekli się w tym roku 2 milionów euro premii rocznej, zupełnie przestali się przejmować, że zostaną uznani za świnie.

Prowadzi to do daleko idących wniosków: załamanie zachodniego świata, jakie obecnie oglądamy jest przede wszystkim wynikiem zaprzestania przestrzegania pozorów. W czasach, kiedy ponad połowa obywateli Zachodu przeszła przez co najmniej jeden rozwód, trudno mieć pretensje do polityka, że się rozwodzi, ale ponieważ jego zachowanie sprzyja zjawisku załamania pozorów, nie może liczyć na obojętność elektoratu.

Obawiam się, że w reakcji na jedną przesadę, czyli na fakt, że na zbyt wiele sobie ludzie publiczni w ostatnich czasach pozwalali, nastąpi reakcja, czyli obudza się demony fałszywego moralizatorstwa i wszyscy zaczną wszystkich sprawdzać. A wobec tego los polityka czy też każdej innej osoby publicznej (biskupa, generała czy finansisty) stanie się znacznie trudniejszy, chociaż idzie tylko, a może aż – o pozory.