Mam wrażenie, że dopiero dziś premier Tusk obudził się z zimowego snu, w którym trwał od wczesnej jesieni. Przypomnę, że 1 października prezes Jarosław Kaczyński zwrócił się do niego z propozycją spotkania i poważnych rozmów między opozycją a rządem. Przez kilka tygodni nie było żadnej odpowiedzi ze strony Donalda Tuska, a rząd zapewniał opinię publiczną, opozycję i parlament, że nie ma mowy o tym, by Polskę dosięgnął kryzys ogólnoświatowy.

Przespaliśmy ostatnie miesiące, a teraz premier z godziny na godzinę zapowiada 17-miliardowe cięcia. Takich sum nie da się zaoszczędzić na cięciach wydatków na podróże służbowe. Nie wiem jak zresztą premier poleci dzisiaj do Davos - czy będzie dalej latał samolotem rejsowym, czy może wybierze Tupolewa.

Planowane przez rząd cięcia będą musiały dosięgnąć inwestycji, a to spowoduje, że wpadniemy w recesję. Są eksperci, którzy twierdzą, ze wzrost będzie na poziomie zerowym i w takim momencie od rządu oczekujemy działań. Takich działań, jakie podejmuje prezydent Sarkozy czy premier Brown, czy prezydent Obama. A premier Polski, który do tej pory mówił, że nic się nie dzieje, teraz żąda 17 miliardów złotych od swoich ministrów. Można by rzec, że to jakaś absurdalna komedia, tyle że to nie jest śmieszne.