Jak sie zarabia niezłe pieniądze, to podwyżka rzędu 400 złotych, wydaje się niewielka. Pewnie dlatego posłowie są lekko zdumieni wkurzeniem swojego elektoratu, który na wieść o podwyżkach zawył z wściekłości. "I o co ten krzyk, o marne kilka setek?!” - pytają teraz przedstawiciele narodu. Ale kasy oddać nie chcą. Ja zresztą rozumiem ich argumenty: poseł Cymański ma liczną rodzinę, poseł Kalisz porzucił dla polityki zyskowną adwokaturę, a w ogóle fachowcy powinni być doceniani. Prawdą jest też, że owa podwyżka, to efekt zapisanej w budżecie waloryzacji, a nie wynik osobnej poselskiej decyzji. Tylko, że te argumenty nie przekonają ludzi. Dlaczego? Czyżbyśmy wszyscy byli tak małostkowi, nawet jeśli sami zarabiamy przyzwoite pieniądze? Zwykła zawiść nas zżera?

Nie. Wkurzenie na poselskie zarobki wynika z głębokiego, ludowego przekonania, że parlamentarzyści, jak tylko mogą, to owemu ludowi robią wbrew. W dodatku za owego ludu pieniądze z podatków. A ponieważ społeczeństwo nauczyło się już w demokracji, że jest właściwie posłów pracodawcą, to nic dziwnego, że się wkurza, jak w czasie kryzysu mają się lepiej niż reszta.

Nie rozumiem tylko, dlaczego politycy są pozbawieni zwykłego instynktu samozachowawczego? Nie czytają badań opinii publicznej? Nie wiedzą, że tylko kilkanaście procent społeczeństwa dobrze ich ocenia? Może wiedzą i stąd ten ciąg na bramkę. Co będzie, jeśli następnym razem nie uda się zostać wybrańcem? Zostaną oszczędności...