WITOLD GŁOWACKI: Jak pan ocenia przedstawiony we wtorek przez Donalda Tuska plan oszczędnościowy?

EUGENIUSZ KŁOPOTEK*: To na pewno krok w dobrym kierunku. Przede wszystkim trzeba się starać utrzymać rozwój gospodarczy chociażby na niewielkim poziomie. Wygląda na to, że dotychczasowe założenia wezmą w łeb i prawdopodobnie w połowie roku czeka nas nowelizacja budżetu. Bardzo mi jednak odpowiadają trzy założenia planu oszczędnościowego: po pierwsze to, że maksymalnie będziemy starali się oszczędzić najuboższych: emerytów, rencistów i rodziny wielodzietne. Po drugie to, że nawet podczas szukania oszczędności już w ciągu roku - gdy ministrowie będą mieli zakodowane, że w wydatkach trzeba "skasować" 17 mld zł - to jednak nie będzie się ciąć wydatków na cele inwestycyjne. Po trzecie wreszcie - to sprawa, o której od dawna mówi Waldemar Pawlak, a co często było ironicznie oceniane przez kręgi finansistów - koniec dawania środków budżetowych systemowi finansowemu, również bankom. A zamiast tego przeniesienie pomocy w formie pożyczek, kredytów i gwarancji na małe i średnie przedsiębiorstwa oraz na obywateli, kredytobiorców.

Czy da się do końca połączyć oszczędzanie pieniędzy z oszczędzaniem najuboższych?

Wprawdzie byłaby to ostateczność, ale obawiam się, że dalsze cięcie wydatków ponad planowane 17 mld może być niemożliwe. Jak się zbytnio zaciąga pasa, można udusić pacjenta. Dlatego być może konieczne okaże się zwiększenie deficytu budżetowego. Dzisiaj raczej nikt z naszej koalicji, a szczególnie minister finansów takiej możliwości nie dopuszcza. Ale osobiście uważam, że jeżeli zajdzie taka potrzeba - nie teraz, ale później - to trzeba będzie to przeanalizować w miarę dokładnie po półroczu. A tego bym nie wykluczał.

Czy idea zwiększenia deficytu budżetowego mogłaby zyskać poparcie pańskich partyjnych kolegów?

Wydaje mi się, że jeżeli by się okazało, że przyrost PKB miałby niższy niż planowany i 17 mld miałoby nie wystarczyć - to obawiam się, że dalszych cięć w wydatkach już się nie da zrobić. Przypuszczam też, że w takim przypadku wielu moich kolegów byłoby skłonnych zwiększyć deficyt. To oznaczałoby, że musielibyśmy zapomnieć o szybkim wejściu do strefy euro, bo przy tak rozchwianym dziś systemie, przy niestabilności złotówki nawet wejście do tzw. "zamrażarki" byłoby niewskazane. Ale trudno. To nadzwyczajna sytuacja, kryzysowa, w związku z tym niektóre ambitne plany trzeba odłożyć na później.

Kiedy mogłaby zapaść decyzja?

Z całą pewnością nie w pierwszej połowie roku Jest wiele tzw. sztywnych wydatków, na które przeznaczone jest 70 proc. budżetu. Ale w drugiej połowie roku może się okazać, że konieczne będę jednak cięcia. Co ciąć? Można by być może zmniejszyć wynagrodzenie w sferze budżetowej. Jednak byłoby to posunięcie bardzo niepopularne i trudne do wykonania. W tej sytuacji zwiększenie deficytu może być lepszym wyjściem.

*Eugeniusz Kłopotek, poseł, członek Rady Naczelnej PSL