W jakim stanie wychodzi Kościół z 20-lecia niepodległości? Wywiady z Markiem Jurkiem i Magdaleną Środą to jedynie sygnał tego, jak duża panuje rozpiętość opinii. Dla jednych Kościół jest instytucją potężną, która przez dwie dekady siecią wpływów oplotła polską politykę, jest hegemonem, który z tylnego siedzenia dyktuje warunki i społeczeństwu, i państwu. Z kolei z samego centrum Kościoła podnoszą się głosy, że Kościół jest słaby, że 20-lecie przegrał, że wystraszył się liberalizmu i dał sobie podyktować defensywne warunki. Po śmierci Karola Wojtyły jest tylko cieniem dawnej potęgi, którą zmarnował. Obie tezy są fałszywe, bo rodzą się z błędnego poczucia, że nadal trwa wojna między państwem i Kościołem i jedna ze stron ją sromotnie przegrywa. Prawda jest inna: wojna dawno się skończyła, i to nie rozejmem, ale korzystnym dla obu stron pokojem. Rzadko możemy powiedzieć, że wydarzenia potoczyły się tak pomyślnie, że lepiej już być nie mogło. To jest właśnie taki przypadek.

Z początku zapowiadało się jak najgorzej. Pierwsza dekada niepodległości zaczęła się dla Kościoła marzeniami o państwie wyznaniowym i zawodem wolną Polską. Jako przyczynę zawodu Kościół wskazywał triumf postkomunistów, jednak źródła były szersze. Atak kultury masowej z jej kodem, z pornografią, permisywizmem był dla kleru szokiem, natomiast popularność tygodnika „Nie” oraz ostre ataki ze strony liberalnej inteligencji były ostentacyjnym policzkiem. Pierwsze reakcje Kościoła były kontrreformacyjne. Do diabła z taką wolnością, do diabła z taką nowoczesnością, do diabła z elitami.

To była pozycja, jaką zajął Kościół w połowie lat 90. i zanosiło się na wojnę domową rozpisaną jako zderzenie cywilizacji. Oświecenie kontra ciemnogród. Obsadzany przez wrogów w roli lidera ciemnogrodu Kościół sam coraz bardziej w te buty wchodził.

Logikę wydarzeń odwróciło nagłe pojawienie się problemu ojca Rydzyka, a zatem Ciemnogrodu rzeczywistego, agresywnego i przeciw Kościołowi zbuntowanego. Role się zamieniły, Kościół uświadomił sobie, że dla Rydzyka to on jest liberalnym kolaborantem i symbolem zgniłej nowoczesności. W sporze z Toruniem biskupi musieli zdecydować, jakie są ich własne reguły poprawności w odniesieniu do polityki, nowoczesności, tradycji narodowej, antysemityzmu. I przekonali się, że w zasadzie odpowiadają im liberalne reguły. Kompromitujące dla Kościoła zachowania Rydzyka nauczyły biskupów, znacznie skuteczniej niż antyklerykalne połajanki, że dla swojego dobra nie mogą uczestniczyć w politycznej grze, że nie mogą lekceważyć liberalnej wrażliwości obywateli i korzystać z antynowoczesnej retoryki, zwłaszcza w jej endeckiej formie.

W tym samym czasie Kościół podejmował inną ważną decyzję, jak ma się zachować wobec idei wejścia do Unii Europejskiej, wobec konfliktu interesu narodowego i religijnego. Wejście do Unii było dla Polski korzystne, dawało cywilizacyjny awans, zarazem otwierało religię na mniej korzystne dla niej otoczenie kulturowe. I tu ujawnił się kolejny nowoczesny rys. Kościół bez wahań wybrał Unię – rzeczywistość materialnego rozwoju. Księża w niedzielę rzucali z ambony kilka słów potępienia kapitalizmu, materializmu, konsumeryzmu, ale zarazem głęboko zanurzeni w życie spoleczne nie udawali, że żyją innymi emocjami. Cieszyli się, że wreszcie wychodzimy z materialnej zapaści, sami z zapałem odnawiali kościoły, odzyskiwali majątek, remontowali plebanie.

W całej historii 20-lecia w polskim Kościele zawsze zwyciężał narodowy odruch, polski Kościół był bardziej patriotyczny niż misjonarski. Wycofywał się z żądań, które mogły przeszkadzać w cywilizacyjnym rozwoju. Glemp, Gocłowski, Gulbinowicz, Życiński, a nawet z pozoru nieprzejednany Michalik abdykowali z duchowych roszczeń, które stawiałyby wierzących w sytuacji wyboru między religią a nowoczesnością.

Warto pamiętać, że polski Kościół był słabszy, niż powszechnie sądzono. Wojtyła, Wyszyński i komunizm nadali mu znaczenie, którego nie mógł wiecznie utrzymać. Józef Glemp poprowadził grę na miarę realnych możliwości. Rozumiał, że polski katolicyzm jest formą narodowego życia, jego obyczajowością, uzupełnieniem jego potrzeb, a nie bezkompromisowym głodem absolutu. Zwinął więc duchowe imperium, wyszedł z wojny religijnej, uruchomił klasyczny katolicki realizm.

Kto zechce, zobaczy w tym duchową płyciznę i rozmycie wiary. Broniłbym jednak tezy przeciwnej. W 1989 roku i Zachód, i wielu polskich inteligentów bało się, że siła polskiego Kościoła, która pozwoliła przetrwać PRL, stanie się kamieniem u szyi modernizującej się wolnej Polski. Że Kościół zrobi z nas skansen, zredukuje do antycywilizacyjnych buntów, do pozy na wyższość ducha nad materią. Jednak Kościół wybrał inną drogę i jesteśmy najszybciej modernizującym się narodem w Europie. Gdyby Max Weber żył, mógłby pisać pracę o etyce katolickiej i duchu kapitalizmu.

Pozycja Kościoła wydaje się dziś stabilna. Lewica ma dziś wielki problem, w roku Pańskim 2009, w Polsce Donalda Tuska, nie może postawić zarzutu, że Kościół ma zbyt duży wpływ na politykę, bo go już nie ma. Pretensja może dotyczyć tylko tego, że Kościół ma zbyt wielki wpływ na społeczeństwo. Kłopot w tym, że zdobył go i korzysta z niego wedle uczciwych liberalnych reguł i bez zamachu na liberalne metody nie można mu go odebrać. Kto uważa, że Józef Glemp jest nieudanym następcą dwóch wielkich prymasów, powinien ten pogląd głęboko zrewidować. Glemp przeprowadził skomplikowaną operację przeprowadzenia Kościoła do liberalnej demokracji z godną podziwu finezją. Kościół uczynił instytucją silną nie na mocy sojuszu tronu i ołtarza, ale w oparciu o reguły, którym podlega sam tron.

20-lecie kończy się wzorowym kompromisem między najsilniejszym Kościołem w Europie i liberalnym państwem. To sukces absolutny, ewidentnie korzystny dla obu stron.

Robert Krasowski