MALUCH:

Obiekt westchnień milionów. Owszem tylko te miliony doskonale wiedziały, że niczego innego w życiu się nie dorobią. Auto było beznadziejne: makabrycznie ciasne (wnętrze, bagażnik 100 litrów), głośne i awaryjne. Fajnie jest posłuchać historii o zapalaniu malucha kijem od szczotki. Ochota do żartów mija, kiedy trzeba to było robić podczas ulewy lub na trzaskającym mrozie. Podobnie z wynoszeniem akumulatorów na noc do mieszkań, bo archaiczna prądnica nie potrafiła go naładować. Z maluchów kradziono wszystko: wspomniane akumulatory, koła, reflektory. Jakikolwiek wyjazd maluchem na Zachód wiązał sie z serią upokorzeń - uśmieszków i wytykania palcami. Nie przesadzajmy z tą legendą motoryzacji.

PEWEX:

To nie ciekawostka, tylko kolejny element upadlania ludzi w PRL. Świetnie słucha się opowieści o kolejkach po wódkę w Peweksach, kupowaniu tam gum Donald czy dżinsów. Tylko, że ja doskonale pamiętam również na przykład zrozpaczonych rodziców, którzy stali w tych samych kolejkach po odżywki dla dzieci z silną alergią. Jeźeli nie miało się rodziny za granicą była to jedyna szansa. Oczywiście za bony lub kupione nielegalnie dolary - kilkanaście za przeciętną pensję. Czarnorynkowy kurs był taki, że dzisiejsze osłabienie złotego to przy tym zabawa dla grzecznych dzieci.

LUDZIE PCHAJĄCY AUTOBUS PODCZAS ZIMY STULECIA

Fajnie nie? Tyle śniegu i mróz sprzed epoki ocieplenia klimatu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że ci ludzie nie pchają autobusu dla zabawy. Po prostu nie mają wyboru. Podczas zimy stulecia szlag trafił prawie wszystko. Pamiętam jak w styczniu 1979 roku mój ojciec szedł do pracy w dwudzistopięciostopniowym mrozie przez pół Warszawy. Ja w tym czasie siedziałem w domu szczękając zębami, bo w całym bloku siadło ogrzewanie. Wyłączali prąd. Naprawdę ciężką zimę mieliśmy trzy lata temu, na przełomie 2005 i 2006 roku. Tyle, że wtedy kraj działał normalnie. Dla mnie - jedno z osiągnięć III RP.

PUSTY SKLEP

Ach, jak nostalgicznie! Ciekawe czy jeszcze przed, czy po dostawie? A może jeszcze przed tym sklepem kłębi się od paru godzin kilkusetoosobowy tłum w nadziei, że coś rzucą? Pamiętam jedno ze swoich kolejkowych osiągnięć. Pewnego pięknego dnia wracając ze szkoły usłyszałem koło sklepu, że zaraz dowiozą jajka. I już po dwóch godzinach wracałem do domu z torebeczką wypełnioną dziesięcioma sztukami, bo tyle można było maksymalnie kupić. Rozpierała mnie duma, gdyż z własnej nieprzymuszonej woli przełamałem niechęć do kolejek. W innych sytuacjach trzeba było mnie zaganiać. Jakoś nie widziałem nic atrakcyjnego w tym, kiedy musiałem zmieniać mamę na dwie godziny w kolejce do mięsnego, bądź gdy rodzice wychodzili o wpół do piątej rano, żeby zająć sobie miejsce w ogonku.

PRL-OWSKI PASZPORT

Ach, ten liberalny PRL! Można było przecież wyjeżdzać i do demolodów i na Zachód. Trochę było jednak z tym zachodu. Pół biedy jeszcze z wypełnieniem sterty papierów. Potem jeszcze w najepszym razie cały dzień w kolejce w biurze paszportowym żeby je złożyć. Drugi dzień w kolejce po odbiór paszportu, jeżeli oczywiście władza uznała, że go wyda. No i jeszcze drobiazg, o którym mało się pamięta. Cała operacja wiązała się z kosztami i to całkiem sporymi w formie najróżniejszych opłat, które bardzo chętnie pobierał ten liberalny PRL-owski system. A na granicy - trzepanko, przy którym rozmowa z amerykańskim urzędnikiem imigracyjnym jest niewinną pogawędką. Po powrocie - oczywiście trzeba było pamiętać, żeby oddać paszport w terminie (kolejka). W innym razie liberalna władza zaczynała coś podejrzewać i na wszelki wypadek obarczała solidnymi karami.

MIESZKANIE W BLOKU

Niby wszystko jest: meble, telewizor i tak dalej. W kuchni pewnie lodówka. Dróg do zdobycia takiego dobra było kilka. Po pierwsze znajomości. Ktoś, kto miał jakiekolwiek wejścia w handlu, był dobrem bezcennym. Najbardziej buracki kierownik sklepu w stylu postaci granej przez Janusza Gajosa w "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" był autentycznym paniskiem. Trzeba było uważać, żeby takiej postaci nie rozdrażnić, trzeba było go też umieć odpowiednio podejść - alkoholem w wypasionej wersji np. koniakiem Napoleon. Fajne? Nie do końca. Raczej upokarzające. Drugi sposób - kolejki ciągnące się przez dni i tygodnie. Można też było wynająć "stacza", co było jednak dosyć drogą zabawą, mimo że w PRL pieniądze miały znaczenie drugorzędne. I sposób trzeci - mobilizacja całej rodziny, najlepiej mieszkającej w różnych częściach Polski. Może stolik był do kupienia w Szczecinie, a najkrótsza kolejka po lodówki w Białymstoku. Tak czy inaczej - doprowadzenie mieszkania do takiego umeblowanego stanu trwało nie dni, nie miesiące, ale lata.

JAKAŚ INWESTYCJA, NP. TRASA ŁAZIENKOWSKA

Wspaniałe! Może Gierek nie był idealny, ale przynajmniej budował. Łatwo zapominamy tylko o jednym - jego epoka zakończyła się ekonomiczną katastrofą. Za nieprzytomne długi zaciągnięte wtedy, między innymi na te budowy, płacimy do dzisiaj. Jakość była beznadziejna - Trasa Łazienkowska, którą tak ładnie budował "Czterdziestolatek" zaczęła się rozpadać kilka lat po oddaniu do użytku. Inwestycje wiązały się z olbrzymim marnotrawstwem i pospolitymi kradzieżami na gigantyczną skalę. Władza, która chełpiła się wielkimi budowami na Ursynowie potrafiła postawić zaledwie kilka automatów telefonicznych. Pamiętajmy też o tzw. utraconych korzyściach. Nie bronię osiągnięć drogowych III RP, ale poza tym w ciągu ostatnich kilkunastu lat nasz kraj rozwijał się naprawdę bardzo szybko. Pomyślmy, co by się działo, gdyby nie istniała PRL. W ciągu tych 45 lat zaszlibyśmy dużo, dużo dalej.