Scenę polityczną zdominowała polityka pomysłu. Polityka pomysłu jako jednorazowego chwytu, do którego dotąd musieli się odwoływać posłowie z dalszych rzędów, by zwrócić na siebie uwagę mediów. Nikogo nie dziwi, że lider opozycji komentuje własny klip telewizyjny, a premier zamiast mogących przynieść rezultaty rozmów z liderami partii opozycyjnej, proponuje udział w zjeździe PiS. Chwyt z rozmowami politycznymi toczonymi przed kamerą stał się trzy lata temu jedną z przeszkód do zawarcia koalicji. Czym ma być obecna propozycja Tuska? Zapowiadaną próbą „przykrycia” przesłania obrad kongresu partii opozycyjnej?

Można sobie wyobrazić, że pytania zadawane przez dziennikarzy liderom Prawa i Sprawiedliwości zdominuje kwestia ich stosunku do propozycji szefa rządu. Sztab tej partii przygotuje zapewne znowu jakąś jednobrzmiącą odpowiedź. Sensowną debatę zastąpią łatwe pojedynki retoryczne, sprytny trik okaże się zapewne po raz kolejny dobrą receptą na polityczny sukces.

Polityka pomysłu sprawdza się jednak tylko w krajowej lidze partii politycznych. Nie można przy jej pomocy ograć kryzysu gospodarczego, ani nawet pokonać niemocy budowniczych autostrad. Gdyby polityka rządu była sprawcza, sprytne chwyty używane w jej obronie budziłyby zapewne więcej uznania. Jeżeli jednak polityka ta sprowadza się niemal wyłącznie do medialnych zagrywek, zamiast uznania pojawia się zmęczenie i zażenowanie. Gesty stają się puste, a istota sporu błaha. Polityka staje się sztuką uniku.