Polska to dzisiaj tabloid. Przekonuje mnie o tym zarówno przebieg kongresu PiS, jak też sposób w jaki PO próbowało kongres medialnie „przykrywać”.

Jarosław Kaczyński przepraszający inteligencję, Jarosław Kaczyński fotografowany na Obamowskim tle grupy nastolatków płci obojga, Jarosław Kaczyński wyrazisty na tle trzech nieco rozmytych kobiet, co miało ukazać zarówno feminizację PiS-u jak i owej feminizacji nieprzekraczalne granice. Bo wizerunek PiS to w istocie wizerunek Jarosława Kaczyńskiego, tak jak wizerunek PO to w istocie wizerunek Tuska. W ciągu 20 lat nie udało nam się zbudować systemu partyjnego, a jedynie system konkurujących ze sobą personalnych dworów. I to wcale nie dlatego, że w międzyczasie pojawił się jakiś Piłsudski, który „partyjną demokrację” zdławił. Ona sama na naszych oczach wypaliła się i wygasła, pozostawiając po sobie Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska.

PO przykrywało kongres PiS-u „relacjami” Palikota i grą w „pojedzie, nie pojedzie” prowadzoną przez Sławomira Nowaka w imieniu Donalda Tuska, który w końcu nie odwiedził kongresu najważniejszej partii opozycyjnej dzielącej z PO władzę nad Polską już od ponad trzech lat. Tym razem PO wizerunkową grę z PiS-em przegrało. W inteligenckich domach przy obiedzie częściej mówiło się o przeprosinach Kaczyńskiego niż o blogu Palikota czy niedoszłym wyjeździe Tuska do Krakowa. O przeprosinach Kaczyńskiego mówiło się ze śmiechem i drwiną, ale dla każdego tabloidu nie ma większego sukcesu niż rozmowy Polaków przy obiedzie o jego temacie z jedynki.

Mimo tego drobnego niepowodzenia Palikot, zapowiadający się niegdyś na pierwszego poważnego przedstawiciela polskiego biznesu w polskiej polityce, jest dzisiaj najważniejszym w polskiej polityce przedstawicielem estrady. Powinien wystąpić z propozycją powołania nowej sejmowej komisji pod nazwą Komiczne Państwo, gdzie jako lobbyści zgłaszaliby się już nie przedstawiciele różnych gałęzi polskiego przemysłu czy handlu, ale Szymon Majewski, Janusz Rewiński albo Marcin Daniec.

Nasz tabloid jest przynajmniej pluralistyczny. Podczas gdy w jednej rubryce Joanna Senyszyn walczy z Kościołem, w innej, pod innym zdjęciem, gromadzą się polscy lefebryści usatysfakcjonowani ostatnimi decyzjami Benedykta XVI. Niektórzy z nich coraz głośniej zastanawiają się, czy w świetle wypowiedzi lefebrystowskiego biskupa przywróconego właśnie na łono Kościoła komory gazowe istotnie nie służyły wyłącznie do dezynfekcji. Inni tryumfują, że nowo mianowany przez Benedykta XVI biskup pomocniczy Linzu podobnie jak oni uważa, iż „Harry Potter” promuje satanizm, a huragan Katrina był słuszną karą nałożoną przez Boga na Nowy Orlean, miasto burdeli, nocnych klubów i jazzu. Marek Jurek zapytuje na piśmie, dlaczego Jarosław Gowin (przez Joannę Senyszyn, Magdalenę Środę i Sławomira Sierakowskigo nazywany dla odmiany katolickim talibem) usiłuje dopasowywać obowiązujące prawo do praktyki in vitro, zamiast dopasować in vitro do obowiązującego prawa, czyli go efektywnie zakazać. Jurek zapomina, że prawo w demokracji nie pochodzi od Boga (przynajmniej nie tak bezpośrednio jak w paru innych ustrojach), ale zmienia się w reakcji na wciąż nowe ludzkie problemy i potrzeby. Ale kogo ja próbuję przekonać, skoro w Polsce jako tabloidzie Marek Jurek i Joanna Senyszyn, Palikot i Kurski są postaciami bardziej na miejscu niż Gowin ze swoim nudziarskim, kompromisowym projektem ustawy regulującej in vitro, czy jakiś równie nudny profesor Hołówka, który próbuje napisać jakiś nudziarski, tyle że bardziej liberalny kontrprojekt.

Kongres PiS-u wydał jednak z siebie pewien bardzo konkretny projekt wychowawczy. Zakłada on upowszechnienie w Polsce wychowania patriotycznego i to, jak zwykle w przypadku konsekwentnych propozycji PiS-u, już od przedszkola. Przy jednoczesnej likwidacji rozmaitych ocen i testów z przedmiotów kursowych, dopuszczających do kolejnych poziomów nauki. Jest to model kształcenia, w którym ilość liczy się bardziej niż jakość, a patriotyzm bardziej niż znajomość algebry lub ortografii. Innymi słowy, jest to model szkoły nastawionej raczej na produkcję Cymańskich aniżeli Wolszczanów. A jest to już rozstrzygnięcie, które w Polsce jako tabloidzie słusznie może uchodzić za polityczne, ogniskujące ludzkie emocje, dzielące elektoraty, przeciwstawiające sobie babcie i wnuków.

Bo proszę się tylko poważnie zastanowić, czy wolą mieć państwo tysiąc Cymańskich czy tysiąc Wolszczanów, tysiąc nieskazitelnych, choć jednocześnie niezbyt rozgarniętych patriotów czy tysiąc odkrywców planet, którzy jednak w chwili próby podpiszą zobowiązanie do współpracy z SB w zamian za możliwość wyjazdu do Instytutu Plancka? Stawiam przed państwem ten wybór z całą świadomością jego podłości i z jedną tylko nadzieją, że wybór pomiędzy Cymańskim i Wolszczanem był podły w PRL-u, a być może w III, IV czy V RP będzie bardziej oczywisty - na korzyść Wolszczana oczywiście, którego w naszym państwie żadne ABW czy CBA nie będą werbowały przeciwko Kamińskiemu czy przeciwko Sawickiej w zamian za paszport, butelkę koniaku czy puszkę luksusowej konserwowej szynki.

I na koniec ostatnie pytanie: czy leci z nami pilot, czy ten tabloid ma w ogóle jakąś redakcję? Na dnie czasów saskich (Sarmaci świetnie się wtedy bawili, ale Rzeczpospolita także była tylko tabloidem) wystarczyła jedna Szkoła Rycerska, aby, może nie uratować kraju, bo nasz kraj już od czterech wieków ratuje albo pogrąża wyłącznie geopolityka, ale by stworzyć pewien ideał, zapewnić ciągłość, przynieść do Polski tęsknotę za Oświeceniem, której nasz król Staś, kochanek Carycy, zaspokoić niestety nie potrafił. Czy w naszym tabloidzie, który właśnie obchodzi dwudziestą rocznicę wypuszczenia na rynek, istnieje jakiś zakątek redakcji, gdzie byłaby prowadzona praca na miarę Szkoły Rycerskiej, na miarę II RP, która przez dwadzieścia lat potrafiła zbudować Gdynię i COP, a analfabetyzm sprowadzić z 70 do mniej niż 10 procent?

Byłem przez tydzień na Słowacji jęczącej od 1 stycznia w ciężkich okowach euro. O opcjach walutowych, od których bankrutują dziesiątki polskich zakładów, nikt tam nie słyszał. Słowaccy biznesmeni nie oglądają już lokalnej waluty dewaluującej się o 50 procent w ciągu roku do dolara czy euro. Na autostradę prowadzącą do Wiednia wjeżdża się tam zaraz, jak tylko zostawi się za plecami granicę z dumną, mocarstwową i po tabloidowemu upolitycznioną Polską. I jedzie się tą autostradą bez przeszkód aż do Wiednia. Nie utyka się na sto kilometrów przed granicą, aby kolejne dwie godziny spędzić w niekończącym się korku. Opłakując profesora Geremka, ofiarę polskiej klęski drogowej, za którą PO obciążało PiS, a PiS obciąża PO.