Najbardziej lubianymi przez polityków wyborami są wszelkiego rodzaju wybory uzupełniające. To doskonała okazja do sprawdzenia własnych sił, "lansu" - jak mawia młodzież - w mediach, a ryzyko przy tym jest niewielkie. Takie, ot, manewry z użyciem ostrej amunicji.

W tym roku miejscem manewrów jest Olsztyn. W połowie lutego będą się tam wybory prezydenckie, po odsunięciu od władzy prezydenta oskarżonego o gwałt i molestowanie seksualne urzędniczek. W połowie lutego okaże się, który z sześciu partyjnych kandydatów uzyska poparcie mieszkańców.

Wszystkie ugrupowania niecierpliwie przebierają nogami, by zdobyć olsztyński ratusz (skądinąd ładny i okazały gmach). Wszystkie wysyłają czołowych liderów, by wsparli swoich kandydatów. W ten sposób te samorządowe przecież wybory nabierają ściśle politycznego charakteru. Trochę to niedobrze, ale w końcu samorząd to nie tylko kwestia ławek w parkach i sprawnej kanalizacji. Ale to już wyłącznie sprawa olsztynian - czym będą się kierować przy wyborze nowego prezydenta?

A z ogólnopolskiego punktu widzenia ciekawy jest mechanizm polityczny. Partie, jak ułańskie szkapy na dźwięk trąbki, reagują na każdą okazję, by się sprawdzić. By skonfrontować dane z badań opinii publicznej z rzeczywistością. Bo może jeszcze się okazać, że prawdą są przypuszczenia o niedoszacowaniu lub przeszacowaniu w sondażach różnych ugrupowań.

Lista ważnych postaci, które z okazji wyborów nawiedziły lub planują nawiedzić Olsztyn jest imponująca - Schetyna, może nawet Tusk, Grabarczyk, Drzewiecki, Bieńkowska, Szejnfeld, Niesiołowski, Chlebowski. To tylko Platforma. A dalej: Kaczyński (prezes, nie prezydent), Pawlak, Napieralski, Cimoszewicz, Dobrosz, Jurek. Każdy z nich ma swoje nadzieje. Ci z Platformy szukają potwierdzenia, że naród ich jeszcze kocha. Ci z PiS, że naród już nie kocha Platformy. Ci z SLD, że ciągle są powyżej wyborczej kreski. Ci spod kreski, że może już są nad nią.

To kłębowisko sprzecznych nadziei i marzeń skończy się w momencie ogłoszenia wyników wyborów. Wtedy zaś zaczną kłębić się sprzeczne interpretacje wyniku wyborczego. Coś takiego widzieliśmy po wyborach uzupełniających do Senatu w zeszłym roku na Podkarpaciu. Tam, przypomnijmy, wygrał kandydat PiS. Ku zaskoczeniu wszystkich bardzo dobry wynik dostał też Marek Jurek. Kandydat PO już o wiele słabszy.

Tam PiS-owcy triumfowali, że trend się odwraca i ludzie znów zaczną ich popierać. A Platforma odkrzykiwała, że tak musiało być, bo Podkarpacie to matecznik PiS, a wynik zupełnie inny byłby gdzieś w Koszalińskiem. W każdym razie zwycięzcy po takich wyborach mają chwilę radości, a przegrani niewielkie uczucie zawodu. Nikt jednak nie przeżywa tak silnego stresu, jak w czasie wyborów parlamentarnych, gdy rozstrzyga się polityczna przyszłość tysięcy ludzi. I to właśnie jest takie przyjemne w wyborach uzupełniających.