Dyskusja, która toczy się w DZIENNIKU nie dotyczy tylko pokolenia '89, ale osób urodzonych po 1980 r. Świadomą część dzieciństw przeżyły one już w kraju, który potrafił im coś, a nawet dużo zaoferować Według jednych dzisiejsi dwudziesto- i dwudziestoparolatkowie to wierzący w siebie ludzie sukcesu, ale sukcesu pojmowanego w inny sposób niż ten, w który wierzyli ich starsi koledzy, skoncentrowani głównie na życiu zawodowym – pokolenie 30+, czyli urodzeni przed 1980 r. Sukces pokolenia ’89, czy ’80+ to rodzina, dostatek i święty spokój. Według innych są to ludzie bez ideałów, indywidualiści a nawet egoiści.

Niezależnie od oceny pokolenia ’80+, na pewno różni się ono diametralnie od generacji dzisiejszych trzydziestoparolatków. W odróżnieniu do nastawionych na konserwatywne wartości dwudziestoparolatków, ci cieszą się raczej niechlubną sławą dorobkiewiczów, fanatyków pracy, oszalałych, gardzących ideą potomstwa feministek i zgubionych w ferworze pracy samotników, rekompensujących sobie pustkę egzystencjalną i rodzinną imprezami i sportami ekstremalnymi.

Pozwolę sobie przypomnieć rzeczywistość pokolenia startującego w latach 90. 20 proc. bezrobocie w kraju, brak perspektyw, brak zaplecza w postaci rodziców, którzy nie zdążyli się jeszcze dorobić kokosów w wolnej Polsce, brak opieki socjalnej państwa, funduszy unijnych. Jedyna możliwość na względną stabilizację to saksy, gdzie z uporem godnym podziwu skręcało się słoiki lub zmywało gary, żeby odłożyć chociaż na małe mieszkanie lub uzbierać na rozpoczęcie własnego biznesu. Ci z nas, którzy mieli więcej szczęścia, kończyli właśnie studia. Nieważne, czy byli dumnymi absolwentami prawa lub ekonomii, czy też mało perspektywicznych kierunków humanistycznych. Wszyscy mieli strach o przyszłość, bo do konkursu o jakąkolwiek posadę stawały setki, a nawet tysiące innych. Łykając łzy upokorzenia wysyłaliśmy więc dwusetne CV, a kiedy przypadkiem bez koneksji i układów udało nam się dostać posadę, która przypominała tę wyśnioną, stawała się treścią naszego życia. Siedzieliśmy po godzinach, nie spaliśmy z nerwów, milczeliśmy jak groby w sytuacjach mobbingu, bo jak można dyskutować ze stwierdzeniem, że na nasze miejsce czeka stu chętnych? I oto jesteśmy. Część z nas ma połamane biografie po kolejnych rozstaniach i rozwodach, część musiała zmierzyć się z głęboką nerwicą i wypaleniem zawodowym, reszcie pozostały choroby kręgosłupa i stany przedzawałowe.

Powróćmy jednak do sielanki trzeciego tysiąclecia. Weszliśmy do Unii, mamy prawo pracować gdzie chcemy i szukać nowych możliwości. Na gwałt wyjeżdżamy z kraju – zwłaszcza radosna młodzież, absolwenci szkół wyższych. Nie mąci im spokoju ducha fakt, że może należałoby zwrócić państwu, które łożyło na ich edukację, dług. Przecież ich własne dobro jest dla nich najwyższą wartością.

Żeby zrozumieć ten tok rozumowania, trzeba cofnąć się dwadzieścia lat wstecz. Nasi drodzy dwudziestolatkowie zaczynają właśnie wydawać pierwsze dźwięki. Zatroskani rodzice pochylają się z troską nad kołyską i myślą, jak zapewnić pociechom bezpieczeństwo i dobrobyt. Z czasem sytuacja się poprawia, w sklepach pojawiają się dobrodziejstwa, o których rodzicom się kiedyś tylko śniło. Dzieciom obce jest doświadczenie cieknącej ślinki na widok prawdziwej czekolady lub nabożnego podziwu dla kiści bananów wystanej przez matkę w kolejce. Powoli dorastają, idą na studia, wynajmują mieszkania, bo zatłoczone akademiki nie odpowiadają już ich aspiracjom i z miną mędrców tego świata studia kończą. Uf, dziękujemy za ich wielki wysiłek. Teraz muszą jeszcze dokonać wyboru, czy łaskawie zostaną w ojczyźnie, czy też dbając o swoje dobro wyjadą tam, gdzie pracodawca doceni ich wysokie kwalifikacje i ogromne doświadczenie zawodowe, płacąc im odpowiednią pensję. Mogą jeszcze zrobić łaskę polskiemu pracodawcy i ewentualnie zatrudnić się w kraju. Tylko wynagrodzenie musi być ich godne, no i oczywiście żadnych nadgodzin, poświęcenia się miejscu pracy. Nie daj Bóg, jeśli przełożony zwróci im uwagę. Nie uchodzi. To przecież oni są lepiej wykształceni (znają angielski płynnie), poza tym nie pracują przecież z konieczności, tylko dla zabawy. Bo praca to hobby. W razie czego pomogą im przecież rodzice.

No właśnie, rodzice. Zapracowani, śpią twardym snem po nocach, od czasu do czasu tylko przewracając się nerwowo, kiedy ich podświadomość przypomni im o ratach kredytu, który wzięli, żeby kupić mieszkanie i zapewnić pociesze dobry start. Jeszcze tylko samochód, ale to zapłacą z odłożonego do skarpetki grosza. Uzbierało się po latach ciężkiej pracy. Ważne, żeby na dziecięcej twarzy dwudziestoparoletniego potomka zagościł uśmiech.

Wybiła szesnasta. Nasz drogi dwudziestoparolatek kończy pracę. Z poczuciem spełnienia i fachowo wykonanej pracy, dumny ze swojej asertywnej postawy, wraca do mieszkania, które mu się słusznie od rodziców należało. Włącza telewizor, który mu się również należał i trafia na program, w którym podobny mu równolatek, potomek zabieganego pampersa, wygłasza prelekcję na temat wypalenia zawodowego starszych kolegów, którzy właśnie zapisali się na terapię leczące z pracoholizmu i depresji. Dwudziestoparolatek wie, że jego droga jest jedynie słuszna. Radujmy się, że wychowaliśmy takie zdrowe i asertywne pokolenie. Ono wie jak dbać o swoje dobro. Wie dokładnie, co mu się należy i jak to egzekwować. Na pohybel pracodawcom i tym, którzy może wiedzą więcej, ale nie starcza im sił, żeby spierać się z młodymi lwami o to, kto ma rację.

Zdradzę Wam mój sekret. Ubezpieczyłam się po raz kolejny w prywatnym funduszu emerytalnym. Jako trzydziestoparolatka nie mogę spać spokojnie. Budzę się czasami w nocy ze straszną myślą, że młoda generacja będzie pracować na moją emeryturę. Nie mogę też uwierzyć, że państwo doceni moje pokolenie za wysiłek włożony w to, żeby przetrwać, żyć godnie, nie uciec w trudnym okresie z Ojczyzny i w latach sędziwych pozwoli trochę odsapnąć. Liczę więc tradycyjnie, podobnie jak moi równolatkowie, przede wszystkim na siebie. Nie boję się też kryzysu. Nam łatwiej pewnie będzie przetrwać nadchodzące chude lata. Liczenie się z groszem to była przecież część naszego doświadczenia pokoleniowego.

I trochę okiem nestora, ale życzliwego z racji profesji wykładowcy, patrzeć będę na to jak poradzą sobie młodsi obywatele w warunkach kryzysu. Mam nadzieję, że będzie dla nich oczyszczający. Wyplenią ze swojego słownika ulubiony zwrot: należy mi się. Dotrze może do nich prawda, że żyją w kraju, który jest wciąż jeszcze na dorobku i jeśli chcą być beneficjentami dobrobytu, to najpierw muszą na niego ciężko zapracować. Będzie to pewnie bolesna konfrontacja, bo nauczeni byli głównie dostawać i brać, teraz będą musieli również coś z siebie dać. W perspektywie rosnącego bezrobocia docenią też dobrodziejstwo posiadania pracy, nawet tej gorzej płatnej. Nauczą się zauważać innych i z nimi współdziałać, jak również doceniać to, co zostało im dane. Myślę, że nadchodzący kryzys może być dla pokolenia 80+ i reszty społeczeństwa błogosławieństwem. Naturalne dla nich poczucie wolności wyboru i prawa do czerpania z dóbr konsumpcyjnych połączyć mogą z ciężką pracą i dojrzałością społeczną.

*Monika Michaliszyn, wykładowca UW, były doradca premiera Jarosława Kaczyńskiego ds. krajów bałtyckich oraz kwestii energetycznych