Piętnaście godzin przed śmiercią polskiego inżyniera pakistański dziennikarz przeprowadził z nim rozmowę i przestrzegał Polaków: – Spełnijcie żądania, bo Polak zginie. Jak mówią dziennikarze TVN, który emituje dziś ten wywiad, Pakistańczyk dawał Piotrowi Stańczakowi mniej niż 20 proc. szans na przeżycie. Tymczasem polskie władze do ostatniej chwili trzymały twardy kurs wobec porywaczy – Donald Tusk jeszcze w piątek (dzień przed upływem ultimatum!) zapowiadał ostro, że polski rząd nikomu okupu nie zapłaci. A gdy w sobotę pojawiły się pierwsze informacje o zabiciu porwanego, premier wyglądał na zaskoczonego – przerwał wizytę w Monachium i zwołał pilnie spotkanie szefów służb specjalnych i dyplomatycznych.

>>> Dziewulski: To Geofizyka jest winna śmierci Polaka w Pakistanie

Ta tragiczna historia wywołuje wiele pytań, na przykład:

1. Czy niefortunne wypowiedzi polskiego premiera tuż przed śmiercią porwanego wynikały z tego, że rząd nie dowierzał, że talibowie są w stanie zabić naszego obywatela?

2. Czy wypowiedzi te wynikały raczej z niewłaściwej oceny sytuacji – Tusk i sztab antykryzysowy miał zupełnie inne wieści o sytuacji porwanego niż na przykład dziennikarze TVN i wierzono, że wszystko może skończyć się happy endem?

3. Czy jeszcze inaczej – polski rząd od razu założył, że jest bezsilny, nie ma wpływu na losy Polaka i można tylko czekać na informacje: żyje - nie żyje?, zabili - nie zabili?

4. Co przez cztery miesiące zrobił sztab antykryzysowy zwołany, gdy talibowie porwali Polaka? Czy dwa spotkania z ambasadorem i dwie rozmowy z pakistańskim premierem, jakie przeprowadzili członkowie naszego rządu można uznać za wystarczające?

5. Czy – jeśli polski rząd był zbyt słaby na partnerskie rozmowy z pakistańskim rządem, od którego zależało tak wiele – wystarczająco mocno naciskał na naszych sojuszników z UE i NATO, by stanęli w obronie naszego rodaka? Jakie nadzwyczajne środki podjął w obliczu tak nadzwyczajnej sytuacji?