Ten wniosek potwierdziły słowa wiceprezydenta Joe'go Bidena na szczycie w Monachium. Tymczasem gdyby się przyjrzeć nastrojom w Waszyngtonie, to rezygnacja z tak pieczołowicie przygotowanego przez ekipę George'a W. Busha planu niewielu zdziwi. - Historia projektów systemu chroniącego przed rakietami z głowicą nuklearną sięga 1957 r. W sumie było ich sześć. Za każdym razem pomysł zaczynali realizować Republikanie, a Demokraci się z niego wycofywali. To jasne jak słońce, że i tym razem się tak stanie - mówi nam Edward Luttwak, doradca prezydenta Busha seniora i konsultant w Pentagonie.

Uczestnikom polskiej debaty na temat tarczy, już po podpisaniu umowy z Condoleezą Rice a jeszcze przed listopadowymi wyborami umknęło, że najbardziej wpływowi politycy Partii Demokratycznej od początku krytycznie odnosili się do projektu. Kalifornijska kongresmenka Ellen Tauscher, szefowa podkomisji ds. sił strategicznych (Strategic Forces) Izby Reprezentantów głośno mówiła w maju ub.r., że Kongres pieniędzy na tarczę nie da, jeśli system nie zostanie dokładnie przetestowany (w budżecie na 2009 r. z zaplanowanych na tarczę 712 mln dol. zostało 370,8 mln). I tego samego argumentu używał Barack Obama. - Największą obawą obecnej administracji jest to, czy ten bardzo teoretyczny projekt w ogóle zadziała - podsumowuje w rozmowie z DZIENNIKIEM Steven Pifer, b. ambasador USA na Ukrainie.

Ale, zważywszy na obecny stan zaawansowania projektu, nie tylko Demokraci się jej sprzeciwiają. Jeszcze w czasie kampanii kilku znaczących polityków Partii Republikańskiej dystansowało się do pomysłu budowy tarczy uważając, że za mocno związany on jest z ideologią coraz bardziej skompromitowanego George'a W. Busha. - 43. prezydent był niezwykle stanowczy w sprawie tego systemu. Teraz większość waszyngtońskiego establishmentu uważa, że trzeba z nim poczekać, przynajmniej kilka lat, aż zagrożenie nuklearne ze strony Iranu będzie realne. Teheran nie uzbroi głowic przed 2015-16 rokiem - dodaje Pifer. Według tego amerykańskiego dyplomaty Stany Zjednoczone mają dobrych kilka lat na ćwiczenie tej technologii (lub opracowanie innej) oraz jednocześnie szukanie dla niej jak najszerszych sojuszy.

Co z tą Rosją?

I tu właśnie leży klucz do rozumienia zeszłotygodniowego - dla postronnych obserwatorów dość nagłego - ocieplenia na linii Moskwa - Waszyngton. Warto przypomnieć, że kiedy w połowie 2001 r. urzędujący zaledwie od kilku miesięcy prezydent George W. Bush ochoczo ruszał do projektu "missile shield", szukał przy tym wsparcia także ledwie debiutującego prezydenta Władimira Putina. W lipcu owego roku na spotkaniu G8 we włoskiej Genui Putin i Bush uzgodnili, że wszelakie projekty budowy systemów antyrakietowych będzie częścią szerszego programu redukcji arsenału nuklearnego i podstawą nowego paktu strategicznego. Perspektywa takiego sojuszu rozemocjonowała Waszyngton, szczególnie Demokratów. - To wspaniałe wieści - powiedział wówczas Joe Biden, stojący wtedy na czele senackiej komisji spraw zagranicznych. Ale zaraz po tym był 11 września i cała amerykańska polityka wobec świata została przewartościowana.

Tymczasem kiedy w Teheranie do władzy doszedł Mahmud Ahmadineżad i Iran zamarzył o własnych głowicach, amerykański projekt tarczy skonkretyzował się jako ochrona przed tym właśnei zagrożeniem. Chociaż Bush już dawno był pokłócony z Kremlem, Demokraci oraz krytyczni wobec prezydenta Republikanie dalej naciskali na alians z Moskwą. - Naszym najważniejszym sojusznikiem przeciwko groźbom z Iranu musi być Rosja - mówił kilka lat temu Biden. W podobnym tonie wypowiadał się republikański senator Chuck Hagel, przez kilka miesięcy faworyt do objęcia posady sekretarza stanu w administracji Baracka Obamy (konieczność spłaty długów wobec państwa Clinton zamknęła mu na razie drogę do tego stanowiska). Temu tematowi poświęcił także spore fragmenty swojej ostatniej książki pt. "Ameryka. Nasz nstępny rozdział".

- Rosjanie zaczęli prowadzić swoją cyniczną grę. Doskonale wiedzieli, że tarcza nie jest wymierzona w nich, ale szukali wymówki - ocenia Luttwak, całe życie twardogłowy w swoich poglądach na relacje z Moskwą. Ale prawdą jest też, że to w Ameryce wywołano panikę, że tarcza musi powstać, by chronić europejskich sojuszników przed Rosją. Przypomnijmy: zabiegający o swój wizerunek jastrzębia republikański kandydat na prezydenta John McCain po wybuchu dziwnej wojny w Gruzji od razu stanął po stronie Micheila Saakaszwilego i zaczął straszyć powrotem rosyjskiego ekspansjonizmu. Z zupełnie irracjonalnych przyczyn Republikanie w Kongresie pod wodzą McCaina połączyli w swojej retoryce problem Gruzji z koniecznością jak najszybszej budowy tarczy - a zbiegło się to z podpisaniem dokumentów w Warszawie przez Condi Rice. To tylko potwierdziło obawy Moskwy, że tarcza jednak nie jest przeciwko Iranowi, a przeciwko Rosji. Część amerykańskich dyplomatów była tym przerażona. - Niezależnie od tego, w kogo wycelowana jest tarcza, będzie ona szkodzić naszym stosunkom z Rosją. Moskwa jest graczem, z którym powinniśmy się liczyć - mówił DZIENNIKOWI niedługo po zakończeniu gruzińskiej operacji James Collins, b. ambasador USA w Moskwie. Przypomijmy także, że kandydat Barack Obama w przeciwieństwie do McCaina nabrał wtedy wody w usta. Zachowawszy wówczas ostrożność, ma teraz pełną swobodę do układania się z Rosją i kombinowania, czy w obliczu bezprecedensowego kryzysu wspólnie nie myśleć o nowej koncepcji tarczy, a jednocześnie udoskonalać niesprawdzoną technologię.