To miał być pojedynek - i był. Przez większą część programu miałem wrażenie, że nie obserwuję starcia Tomasza Lisa z Jarosławem Kaczyńskim, ale dwa wilki patrzące sobie w napięciu w oczy i próbujące utrzymać nerwy na wodzy. Utrzymali.

Co prawda prezes PiS raz czy dwa podniósł wargę i powrócił do ulubionego wątku złych mediów, a Tomasz Lis, wysuwając pazury, posunął się do... stwierdzenia, że "przekonał się nieraz", iż SMS-owa sonda w jego programie "nie jest reprezentatywna", co jest jego dziwacznym wkładem w sztukę prowadzenia politycznych show. Ale generalnie było ciekawie. I na swój sposób uczciwie, bo Lis porzucił na chwilę pozę dziennikarza próbującego się czegoś dowiedzieć na rzecz roli twardego sparring partnera nieukrywającego nawet, że jego celem jest tylko i wyłącznie położenie przeciwnika politycznego na łopatki. Spuentujmy od razu - nie udało mu się. I to pomimo dzielnego kontynuowania przez gospodarza audycji założenia, że z politykami PO (w tym z Tuskiem) rozmawia się o PiS, a z politykami Prawa i Sprawiedliwości... też o PiS.

Właściwie zadał tylko jeden celny cios - gdy zacytował komentarz prasowy chwalący "zmianę wizerunku" prezesa PiS po jego premierowskim expose w 2006 r. Czy teraz ta zmiana nie okaże się równie złudna? To celne pytanie.

Potem jednak było tylko gorzej. Dziennikarz miał chyba inny scenariusz wywiadu, bo był wyraźnie nieprzygotowany do rozmowy o konkretach. Podpierał się więc jakimiś "wieloma" ekspertami, ale nie potrafił podać jednego cytatu dowodzącego lansowanych przez niego tez. Kaczyński zaś miał liczb i danych w głowie na pęczki i co chwila celnie uderzał.

W tej sytuacji dziennikarzowi nie pozostało nic innego jak próba wyciągnięcia byłego premiera do wygodnego dla siebie narożnika - walki z układami, łżeelitami i tego wszystkiego, od czego Kaczyński próbuje ostatnio uciekać. Gdy więc zaczęła się - na wyraźne życzenie Lisa - kwestia deficytu budżetowego, a Kaczyński stwierdził, że są różne szkoły ekonomiczne, a on preferuje tę akademicką, niezwiązaną z biznesem, padło z wyraźną nadzieją pytanie: - Bo oni reprezentują pewien układ finansowy?

Ale lider PiS milczał. A gdy Lis zaczął sugerować, że Kaczyński, który tłumaczy się, iż okres jego rządów był wspaniały, ale za krótki, przypomina mu Gierka, Kaczyński zaripostował: - Niesiołowskiemu przypominam Gomułkę, a panu Gierka? Lis zmieszany zamilkł.

Zresztą cały program był raczej show jednego aktora. I inaczej niż zwykle - nie był nim gospodarz. Tym razem szarpał się między wymuszoną elegancją a chęcią zniszczenia przeciwnika. W rezultacie powstało - podkreślmy raz jeszcze - widowisko ciekawe, choć puste i miałkie. Kaczyński może je odnotować jako zwycięskie starcie z politycznym rywalem, ale dla publiczności niewiele z tego wynika poza konstatacją, że prezes PiS próbuje zmienić to, jak jest postrzegany. Szkoda. Bo Jestem przekonany, że Polacy naprawdę woleliby posłuchać o tym, co PiS - było nie było główna partia opozycyjna - ma do powiedzenia o kryzysie, z jakim zmaga się świat i Polska, niż oglądać, jak wielki redaktor próbuje udowodnić, że jest lepszy w polityczne klocki. Niechby to było i najostrzejsze przepytywanie z recept na kryzys, niechby Kaczyński został skonfrontowany z danymi i ekspertami, ale niechby było poważne. A tak - prezes zrobił swoje, bez trudności omijając najbardziej nawet ostre, ale przecież tak nieznośnie ogólne, uwagi Lisa.

W tej sytuacji nawet ostateczny wynik sondy SMS-owej mnie nie zdziwił. Na pytanie "Czy chcesz powrotu PiS do władzy" 44 proc. odpowiedziało tak, 56 proc. - nie. No ale, jak orzekł sam Lis - to wynik niereprezentatywny.

>>>Prezes PiS w programie Tomasza LiS: "Podniesienie ręki na Polaka kosztuje"