Minister sprawiedliwości Andrzej Czuma, który w kraju znany był głównie jako wyjątkowo zasłużony opozycjonista, w USA – według tygodnika "Polityka" – słynął bardziej z licznych pożyczek, z których niezbyt często się rozliczał. Według tygodnika, nasz minister za sobą kilkanaście wyroków sądowych, m.in. w sprawach wytoczonych przez banki, którym nie spłacał zadłużenia z kart kredytowych. Ale nie tylko. Jeden z prywatnych pożyczkodawców, niegdyś znajomy Czumy wspomina na łamach "Polityki", że kiedy naciskał na spłatę rat, grożono mu pobiciem, szantażem, dewastacją samochodu.

Jeśli te nieprawdopodobne historie są prawdą, to rodzi się kilka pytań:

1. Jak skuteczne są procedury sprawdzające kandydatów na najwyższe urzędy, jeśli bez przeszkód przechodzi przez nie osoba o tak kłopotliwej przeszłości?

2. Dlaczego o sprawie nic nie wiedziała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która Andrzeja Czumę musiała obowiązkowo prześwietlać nie tylko jako ministra, ale wcześniej jako szefa komisji ds. nielegalnego wywierania wpływu na funkcjonariuszy służb specjalnych i wymiaru sprawiedliwości (by miał on dostęp do niejawnych dokumentów)?

3. Skoro o długach alarmowały polonijne media, jak mogły nie wiedzieć o tym polskie placówki dyplomatyczne w USA?

4. Czy prawdą jest krążąca po Sejmie od kilku tygodni pogłoska, że premier ostrzegany był przed Czumą i jego kłopotliwymi pożyczkami, ale wystarczyły mu zapewnienia kandydata na ministra sprawiedliwości, że to wszystko bzdury wyssane z palca?

5. Czy może cała historia była we władzach PO dobrze znana, ale bagatelizowana - tak jak kłopoty ministra sportu Mirosława Drzewieckiego z dawnej sylwestrowej zabawy, które odbiły się głośnym echem w policyjnych rejestrach Miami?