Hasło, pod którym tak naprawdę PO wygrała wybory 2007: "Musicie nas kochać, bo nie jesteśmy PiS-em!", nie wystarczy ani na kryzys, ani na uspokojenie opinii publicznej po śmierci Polaka w Pakistanie, ani na zduszenie wątpliwości, czy Andrzej Czuma naprawdę nadaje się na ministra sprawiedliwości.

Rytm wydarzeń i metody działania w polskiej polityce wyznaczyli talibowie. Prawicowi blogerzy - udający w życiu publicznym polityków, a czasami nawet europarlamentarzystów - już zdekapitowali Sikorskiego. Dekapitację ministra spraw zagranicznych urządził sobie także Grzegorz Napieralski. Co mu tam jakieś przesłuchania przed sejmową komisją czy dochodzenia mediów. On chce głowy szefa MSZ i chce jej natychmiast. Całe szczęście, że honor SLD uratował Janusz Zemke, odpowiadając własnemu liderowi w wywiadzie dla RMF, że o kolejnych dekapitacjach za wcześnie jeszcze mówić, a on sam - jako członek sejmowej komisji ds. służb specjalnych - domaga się od rządu szczegółowego kalendarium działań w sprawie uprowadzonego i zamordowanego Polaka. Bardziej profesjonalnego niż ten przedstawiony na nieszczęsnej konferencji prasowej MSZ. I dopiero później powinien przyjść czas na polityczne wnioski.

Od chwili, kiedy do dekapitowania kolejnych ministrów w rządzie Tuska, włączyły się tabloidy, a następnie tygodnik "Polityka", można śmiało powiedzieć, że mamy do czynienia z totalnym paradoksem: Platforma Obywatelska, partia uchodząca za arcymistrzów PR, jest dzisiaj akurat gorsza PR-owo niż merytorycznie.

Np. można słusznie szydzić z niskiej aktorskiej jakości teatralnego widowiska "Każdy minister oszczędza na budżet", ale jednocześnie polityka wybrana przez Tuska i Rostowskiego na czasy kryzysu - utrzymanie w ryzach deficytu finansowego, potwierdzenie determinacji w kwestii euro - jest realnie lepszym rozwiązaniem niż proponowana przez opozycję, a konkretnie przez braci Kaczyńskich, plan Busha-Bugaja. Zniszczenie budżetu państwa, podniesienie deficytu tak od ręki o jedną trzecią, pożegnanie się z euro na zawsze i zasypanie polskiej gospodarki lawiną złotówki, która wówczas naprawdę nie będzie już nic warta. Gdyby plan Busha-Bugaja rzeczywiście dzisiaj w Polsce zrealizować, to euro kosztowałoby dziesięć złotych, a nie cztery i pół, a frank szwajcarski, a wraz z nim raty naszych kredytów mieszkaniowych, szybowałyby wysoko na niebie, a nie unosiły się zaledwie na wysokość trzech złotych.

Bo złotówka nie jest już narzędziem suwerennej władzy, jak chcieliby bracia Kaczyńscy, Ryszard Bugaj czy Adam Glapiński. Którzy najchętniej biliby w piwnicy Pałacu Prezydenckiego własną monetę, najlepiej z wizerunkiem brata w koronie, mając w ten sposób wrażenie, że idą śladami wielkich polskich monarchów, że sprawują nad Polską suwerenną władzę. Tymczasem za murami pałacu cały polski biznes - zarówno ten żyjący z eksportu, jak i importu - dostawałby torsji od złotówki unoszącej się w górę i w dół.

Donald Tusk i jego rząd, w przeciwieństwie do PiS-owskiej opozycji, choćby najsprawniej zliftingowanej, wie, że przyszło mu żyć w XXI wieku, a nie w wieku XV. I w gospodarce globalnej, a nie w wymarzonej sobie przez Kaczyńskich PRL-owskiej autarkii, gdzie polska złotówka i polski biznes żyły w rytmie decyzji premiera Babiucha, a Niemcy nie były najważniejszym dla Polski partnerem handlowym, a jedynie plakatowym Czają i Hupką, którzy wraz z "pół-Polakami" czy "polskojęzycznymi mediami" już knuli coś na Opolszczyźnie.

Biorąc pod uwagę to, co mogłoby dzisiaj PO nie wizerunkowo, ale właśnie merytorycznie zastąpić - w polskiej polityce gospodarczej czy polityce zagranicznej - nie spieszy mi się do dekapitacji Sikorskiego, Tuska, a nawet Jacka Cichockiego. Mimo całej krytyki, na jaką zasługują po tym, jak potknęli się na swoim własnym PR. Nie spieszy mi się do dekapitacji Sikorskiego, jak niektórym politykom opozycyjnym czy tabloidom, bo widziałem pisowskiego szefa MON Aleksandra Szczygłę i był gorszy od Sikorskiego. Widziałem PiS-owską minister spraw zagranicznych Annę Fotygę, i była od Sikorskiego merytorycznie, a nie tylko wizerunkowo gorsza. Nie spieszy mi się do dekapitacji Jacka Cichockiego, bo widziałem alternatywnego PiS-owskiego specjalistę od służb specjalnych Antoniego Macierewicza. I nie chciałbym jego powrotu.

PiS nie ma dzisiaj żadnej alternatywnej ekipy do prowadzenia polityki zagranicznej - ani przy Jarosławie Kaczyńskim, ani przy prezydencie. Niektóre zachowania Pawła Kowala sugerują pewną jego merytoryczność, ale i on jako dyplomata realizowałby dzisiejszą doktrynę polityki zagranicznej braci Kaczyńskich, która jest moim zdaniem absolutnie sprzeczna z polską racją stanu. Opiera się bowiem na trzech składnikach, z których każdy z osobna jest dla polskiego państwa niebezpieczny, ale złożone razem dają katastrofę. Pierwszy składnik to werbalny konflikt z Rosją. Konflikt adresowany do własnych wyborców, żeby im dowieść, że się jest - mówiąc słowami Macierewicza - jedynym w Polsce "obozem niepodległościowym". Ale przecież zauważany zarówno w Moskwie, jak w Brukseli i Waszyngtonie. I wszędzie tam przekładający się na przekonanie, że Polska może być w polityce międzynarodowej czynnikiem nieprzewidywalnym i głupim. Drugi składnik to coraz wyrazistszy eurosceptycyzm, adresowany znowu przede wszystkim do własnego elektoratu, a szczególnie do jego części czytającej "Nasz Dziennik" i słuchającej Radia Maryja. Ale przecież zauważalny także w europejskich stolicach i mający konsekwencje dla naszej realnej pozycji w Unii Europejskiej, która to pozycja, zgodnie z zamierzeniami Kaczyńskich, istotnie zaczyna się zbliżać bardziej do pozycji Irlandii niż do pozycji Francji czy choćby Hiszpanii. I trzeci składnik to alibi dla tej polityki, własne wyobrażenie Kaczyńskich, że są kochani w Waszyngtonie, podczas gdy w Waszyngtonie mało kto pamięta w ogóle ich nazwiska.

Efektem zrealizowania doktryny polityki zagranicznej PiS - efektem, mam nadzieję, kompletnie nieuświadamianym sobie przez Jarosława Kaczyńskiego, bo inaczej musiałbym go nazwać, w języku jego brata, "eksponentem prorosyjskiego lobby" - byłoby zatem wciągnięcie Polski w konflikt z Rosją, przy jednoczesnym pozbawieniu nas osłony Unii i okłamywaniu Polaków, że jest się w stanie zapewnić Polsce jakąś specjalną osłonę ze strony USA.

Nawet jeśli Tuskowi i Sikorskiemu trzy razy powinie się noga wizerunkowo, a Jarosław Kaczyński przejdzie trzy udane liftingi i trzy razy poradzi sobie z ugrzecznionym Lisem, to dopóki różnica pomiędzy efektywnie prozachodnią doktryną rządu PO i efektywnie przesuwającą Polskę na Wschód doktryną Kaczyńskich będzie tak ewidentna, przy kolejnych wyborach przełamię wszystkie moje wątpliwości i dowlokę się do urny, żeby oddać głos na PO. Choćby nawet urzędnicy MSZ jeszcze z pięć razy, zamiast powiedzieć coś sensownego o własnych działaniach, skarżyli się na szum medialny utrudniający im pracę.

Pozostaje jeszcze alternatywa w postaci SLD, którą mimo wszystkich moich biograficznych i historycznych uwarunkowań, spróbuję rozważyć na poważnie. Przykro mi to powiedzieć, ale bardziej ufałem polityce zagranicznej SLD, kiedy ta partia sprawowała władzę, niż kiedy jest w opozycji. Bardziej ufałem Kwaśniewskiemu, Millerowi, kiedy grali pod Amerykę i Zachód, wprowadzali Polskę do NATO i UE, żeby przy okazji samemu się używić, ale z zyskiem dla polskiego państwa, niż wierzę Napieralskiemu. Który w antyamerykanizmie, w antyatlantyckości bije szczyty głupoty, licząc, że dzięki temu jego sześcioprocentowe poparcie nie zmieni się w poparcie czteroprocentowe. A już szczególnie zabawna jest posłanka Jolanta Szymanek-Deresz, która jako minister Kwaśniewskiego realizowała lojalnie wszystkie proamerykańskie, proatlantyckie i prounijne pomysły szefa, nawet takie najbardziej ryzykowne, a dzisiaj wypowiada się przeciwko tarczy antyrakietowej z pasją alterglobalistycznej pensjonarki. Zatem Kwaśniewski, Miller, Szmajdziński czy Zemke - tak. Oni są przewidywalni, wiedzą, że polska władza musi być władzą efektywnie proatlantycką. Pajacujący Napieralski - nie. Dawna Szymanek-Deresz jako lojalny proatlantycki minister Kwaśniewskiego - godna polecenia. Dzisiejsza Szymanek-Deresz jako new born alterglobalistka - kompletna katastrofa. etna katastrofa.

Ten skrótowy przegląd nie marzeń, ale realnego potencjału dzisiejszej polskiej polityki, nadal czyni Platformę Obywatelską najlepszą z dostępnych alternatyw - i to w porządku merytorycznym, a nie PR-owym. Czy jednak znaczy to, że Andrzejowi Czumie wolno swobodnie bredzić na temat broni palnej dla każdego Polaka czy na temat władz Pakistanu współpracujących z terrorystami? W żadnym wypadku nie wolno. Czy znaczy to, że resortowi spraw zagranicznych i służbom będzie się wolno przed komisją sejmową i przed mediami zasłaniać w sprawie uprowadzonego i zamordowanego Polaka swoją dobrą wolą i tajemnicą państwową? W żadnym wypadku. Czy znaczy to, że Donald Tusk przetrwa do wyborów prezydenckich, jeśli nie uda mu się naprawdę ruszyć z budową autostrad i wyrwać swego rządu z drzemki w dziedzinie przyswajania środków unijnych? Nie przetrwa.