Ostatnie wydarzenia pokazują, że rząd i premier przestają być jedną zawartą drużyną, którą Donald Tusk z tak głębokim przekonaniem wprowadzał do ministerialnych gabinetów. Następuje rozprzężenie. Kluczowym momentem, w którym wiara w to, że premier stoi murem za swoimi, została mocno nadszarpnięta, było odwołanie ministra Ćwiąkalskiego. Rzeczywiście, za dużo było niespecjalnie trafionych, niefortunnych wypowiedzi byłego ministra, ale jednak to nie był powód do dymisji.

Ministrowie Tuska mają teraz pełne przekonanie, że ich praca to nic innego jak saperska robota. Chodzenie po polu minowym. Tu naprawdę można bardzo szybko oberwać - to przecież pierwszy krąg politycznej walki. Dotąd byli przekonani, że zawsze mogą liczyć na to, że premier się za nimi w trudnych chwilach ujmie. Teraz bardziej się obawiają, że premier będzie miał na względzie przede wszystkim notowania swojego ugrupowania, a także swoje szanse w wyborach prezydenckich. Najwyraźniej to właśnie uznał za cel nadrzędny i będzie się pozbywał ministrów, jeśli bedzie to konieczne dla jego osiągnięcia. Od momentu dymisji Ćwiąkalskiego ministrowie Tuska już to sobie uświadomili. I własnie wtedy duch drużynowej walki, wspólnego wysiłku został mocno nadszarpnięty.

Teraz Tusk musi wziąć głęboki oddech - pewnie tydzień urlopu - i spróbować się zastanowić o co i z kim chce walczyć. Musi ustalić, jaki jest drugi etap. Ten pierwszy chyba się trochę wyczerpuje. Jest zmęczony dzialaniem według takiej formuły, że należy robić wiele rzeczy inaczej albo zupełnie odwrotnie niż PiS. Choćby to, że należy pokazywać, że nie jesteśmy wcale panami ministrami i paniami ministrami, lecz po prostu ministrami - służącymi ludziom urzędnikami. Teraz to już nie wystarczy - wyborcy uznali, że to jest normalne. I oczekują czegoś więcej.

>>> Tusk i Kaczyński są bardzo zmęczeni

Dlatego Donald Tusk powinien - pewnie już o tym myśli albo ktoś z otoczenia mu to doradzi - rzeczywiście oderwać się od bieżących spraw. To zrozumiałe - kiedy jest się premierem można bardzo łatwo zginąć w machinie dnia powszedniego. Codziennie jakieś raporty dziesiątki spotkań, papiery, dokumenty do podpisu. Kiedy zaczyna się tonąć w takiej urzędniczej robocie, to się traci z oczu cele, które się sobie postawiło. Aby wyznaczyć te cele na nowo, trzeba się po prostu na chwilę z takiego młyna wyrwać.

Być może premier powinien pozwolić sobie na kilka dni urlopu i zastanowić się, o co będzie walczył w następnym etapie. Nie wiem, czy to jest plan na kwartał, pół roku czy rok. Natomiast musi zastanowić się, jak właściwie ma wyglądać następny etap jego premierowania. A wtedy wymiana części ministrów albo rekonstrukcja gabinetu może stać się elementem jakiegoś większego planu. Czy tak będzie? Najpierw to premier sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie.