Na pierwszy rzut oka stan rzeczy zdaje się być paradoksalny. Przywódca opozycji, znany doskonale jako polityk uprawiający politykę poprzez konflikt, od dwóch tygodni sprawnie wprowadza w życie proklamowaną w Krakowie taktykę "detente" wobec szefa rządu i jego partii. W odprężeniowy garnitur PiS-u wtłoczył się także urząd Głowy Państwa i - co najdziwniejsze - znani partyjni hunwejbini. Te same dwa tygodnie upłynęły od chwili, gdy premier obwieszczając fakt kryzysu gospodarczego, wezwał do "ogólnonarodowej harmonii" w jego obliczu.

Ale na pierwszy rzut oka widać, że PO z własną wizją harmonijnej polityki ma coraz wyraźniejszy kłopot. Najpierw można to było dostrzec w propagandowym sposobie potraktowania znakomitej idei wystąpienia szefa rządu na zjeździe partii opozycyjnej, uniemożliwiającym w praktyce jej przyjęcie. Ostatnio w złośliwym ustawieniu Jarosława Kaczyńskiego w kolejce "opozycyjnych gości premiera", żeby było jeszcze śmieszniej- pomiędzy pozbawionymi znaczenia Olejniczakiem i Rosatim.

Paradoksu w takim opisie można się dopatrywać tylko wtedy, jeśli upowszechnione stereotypy uznamy za rzeczywistość. Jeśli - jak na znanej kliszy - PiS jest partią awanturniczą, a PO- wytwarzającą harmonię, to ów stan rzeczy jest na tyle sztuczny, że nie ma szans na utrzymanie się dłużej. Po prostu PiS nie utrzyma się w rygorach narzuconej sobie krakowskiej taktyki.

A PO nie będzie się musiała długo borykać z dylematem pluszowej opozycji. Ale w polityce od klisz silniejsze bywają zazwyczaj interesy. Rzecz w tym, że długofalowo "detente" w polskiej polityce wewnętrznej będzie bardziej sprzyjać PiS-owi, niż PO. A mówiąc precyzyjniej: takie odprężenie jest prawdopodobnie warunkiem koniecznym, choć raczej niewystarczającym dla odzyskania przez partię Kaczyńskiego respektu, jaki daje jedynie rola realnie możliwego sukcesora władzy. PiS przegrał już kiedyś zimną wojnę , a rozstrzygnęły o tym wybory 2007 roku. I każdy nowy tydzień przeciągającej się zimnowojennej polityki utrwalał tylko wyniki tamtego starcia. Przegranych Kaczyńskich zamrażał w roli przegranych. A wygranego Tuska cukrował w symbol nieuchronnych przyszłych wygranych.Dla obozu rządowego odprężenie oznacza konfuzję. Nie można go bowiem ani odrzucić, ani przyjąć. Premier obwieszczający konieczność "ogólnonarodowej harmonii" nie może odrzucić wyciągniętej ręki w żadnej sprawie. W tym sensie - ilekroć Kaczyński podawać będzie ową rękę, nie daj Bóg trzymając w niej jeszcze jakieś praktyczne i wcale nie oszalałe projekty - tylekroć w Kancelarii Premiera zbierać się będzie kryzysowy sztab szefa rządu w jednej kwestii: jak owej ręki i projektów zarazem nie przyjąć i nie odrzucić. Albo w ostateczności: jak niezwłocznie przedłożyć Kaczyńskim inną, jeszcze bardziej pokojową ofertę i to w taki sposób , który da wysokie szanse, że nie będą w stanie jej przyjąć. W sensie więc międzypartyjnej gry o wpływy - takie odprężenie jest taktyką rywalizacji wygodniejszą dla PiS-u, niż dla PO. W sensie kultury politycznej - narzucić musi politykom różne korzystne samoograniczenia i autorygory. I to mogą być dwa główne punkty wstępnego bilansu "detente".

Myliłby się natomiast , kto sądziłby dzisiaj, że międzypartyjne odprężenie jest jakimś znakiem istotnego przeobrażania i poprawy jakości polskiej polityki. Tak nie jest, przynajmniej do tej pory. Tusk bowiem nadal jest przekonany, że jego prawdziwym kapitałem w dzisiejszej Polsce jest praktyczna zdolność utrzymania Kaczyńskich w obszernym-owszem- może nawet wygodniejszym niż dotąd , ale rezerwacie. Nic nadal nie wskazuje na to, ażeby za jakąś cenę był gotów zaryzykować współpracę przy likwidowaniu rezerwatu dla PiS-u. Różne rzucane ostatnio przez premiera uwagi ad hoc każą sądzić, że Tusk boi się właśnie, iż kryzys gospodarki , a w konsekwencji państwa może go to tego zmusić. To dlatego między innymi z nieukrywaną irytacją wypomina Kaczyńskim, że oni "grają na kryzys". Zaś bracia-bliźniacy, mimo zmienionego w Krakowie entourage'u, nie dojrzeli jeszcze do myśli o swoistej półkoalicji z liberalnym rządem, choćby na kilku kluczowych dla przyszłości państwa obszarach. A tylko taka pół, albo choćby ćwierćkoalicja mogłaby istotnie pchnąć polską politykę na nowe tory. Od bipartyjnej strategii antykryzysowej, aż po bipartyjny koncept nowego konstytucyjnego ustroju państwa.