Dwaj najważniejsi w PO specjaliści od wizerunku do niedawna uważali, że krytyczny czas zacznie się za kilka miesięcy. Ministrowie z Kancelarii Premiera Rafał Grupiński i Sławomir Nowak wskazywali na czerwiec. Wtedy duża część wyborców miałaby zauważyć, że z powodu kryzysu nie pojedzie na wakacje. Albo że z tego samego powodu po wakacjach nie będą mieli pracy, bo ich firmy zredukują zatrudnienie. To miał być według dotychczasowych kalkulacji pierwszy moment, gdy notowania Platformy i premiera miały radykalnie zlecieć w dół. Dziś jednak wydaje się, że ten czas może nadejść wcześniej - z powodu długiej serii realnych i wizerunkowych porażek rządu.

Na razie sondaże mogą usypiać. Ostatnio opublikowany w "Gazecie Wyborczej" wygląda tak samo, jakby był robiony pół roku czy rok temu. Platforma ma około 50 proc. poparcia, PiS ledwie 23 proc., poprawiło się Sojuszowi, a reszta tak samo jak było. Korzystniejsze dla PiS sondaże opublikowały "Rzeczpospolita" i TVN24. W rzeczywistości różnice wynikają jedynie z innej metodologii sumowania głosów w ankiecie. To znaczy, że wyborcy nadal wskazują na Platformę

Dzieje się tak mimo urlopu premiera w czasie kryzysu gazowego, zamieszania wokół ministra Ćwiąkalskiego, teraz Czumy. Dorzućmy do tego powszechnie krytykowany sposób szukania oszczędności w ministerstwach i wreszcie pytania o to, czy można było uratować Polaka więzionego w Pakistanie. Zwłaszcza ta ostatnia sprawa pokazuje, że Polacy szukają odpowiedzi na pytania o jakość własnego rządu. Pewnym miernikiem było to, że na internetowych portalach (np. Dziennik.pl) najpopularniejsze były artykuły, w których ludzie próbowali znaleźć informacje na temat działań polskiego rządu.

"Rząd jest tu w defensywie, bo nie może powiedzieć wszystkiego, zwłaszcza o działaniach służb specjalnych" -zauważa szef klubu PO Zbigniew Chlebowski. Tak rzeczywiście jest, ale i to co mogło być ujawnione zostało przedstawione nieudolnie. W końcu Radosław Sikorski dostał za to reprymendę od premiera.

Politolog Marek Migalski przypuszcza, że Pakistan nie spowoduje spadku sondaży z powodu specyfiki wydarzenia: "Raczej sprawy krajowe mogą kompromitować Platformę. Np. coś w rodzaju sprawy prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego" - mówi. Jego przypuszczenia są zbieżne z intuicją ważnego polityka PO: "Jesteśmy blisko momentu, gdy jakaś kropla przeleje czarę. Najpierw polecą notowania rządu, potem partii".

To dość powszechne poczucie osłabia wewnętrzną solidarność polityków Platformy. Nie było zbyt wielu chętnych, by bronić Andrzeja Czumy. Za to - trzeba przyznać - Platforma bardzo solidarnie wystąpiła w obronie Sikorskiego i osób związanych z próbami uwolnienia Piotra Stańczaka. Najwięksi partyjni malkontenci w nieoficjalnych rozmowach bronili niezbyt lubianego w PO Sikorskiego. Gra szła o najwyższą stawkę, czyli wiarygodność całego rządu. Wskazuje to też na to, że rozprzężenie jest zjawiskiem odwracalnym i nie musi wcale się pogłębiać.

Sarkać na Platformę zaczynają ci ludzie mediów, którzy do tej pory byli jej życzliwi. Podobne głosy słychać wśród sympatyzujących z PO intelektualistów - najlepszym przykładem są wypowiedzi prof. Ireneusza Krzemińskiego. To głosy ludzi stale przyglądających się polityce. Reszta społeczeństwa nie przygląda się jej aż tak bacznie. Czy zatem narzekania publicystów i intelektualistów to głos ludzi oderwanych od tego, czym żyją masy? Czy może głos tych, którzy odzywają się pierwsi? Osobiście stawiałbym na to drugie.

Mimo wszystko Donald Tusk i jego rząd są ciągle rekordzistami pod względem popularności. Po 1989 r. żaden rząd nie był tak długo teflonowy. Jedyni poprzednicy, do których można pod tym względem rząd Tuska porównać to rząd Leszka Millera. Równie silny, i przychodzący pod podobnie nośnym hasłem odmienienia tego, co zrobił niepopularny poprzednik. Jednak Miller w początku 2003 r. (to okres porównywalny z czasem rządów Tuska) miał rozpoczętą aferę Rywina i kilka zmian w rządzie. Tusk, mimo wszystko, ma lepszą sytuację.