Trudno oburzać się zachowaniem Kamila Durczoka, którego nagranie poszło w świat. Rozumiem, że poniosły go nerwy. Kamil to profesjonalista: chce, żeby program za każdym razem był dopięty na ostatni guzik. A na sukces składa się również perfekcyjna scenografia, trudno się więc dziwić złości, a niechby i grubszym słowom, kiedy kilka minut przed emisją widać brud na prezenterskim stole.

Sam też nie jestem święty i w chwilach emocji zdarza mi się krzyknąć czy przekląć. Chciałbym zobaczyć dziennikarza, któremu nigdy się to nie zdarzyło. Żaden to powód do chluby, ale powodów do potępienia też nie znajduję. Tym bardziej że słowa Durczoka nikomu nie ubliżają. Wulgaryzmy dotyczyły sytuacji, a nie człowieka. Nerwowa atmosfera zdarza się w mediach często, zwłaszcza jeśli program nadawany jest na żywo. Kiedy nie wszystko jest na czas, kiedy ktoś nawalił i przez to brakuje materiału, kiedy widać ewidentne niedoróbki - trudno powściągnąć emocje. Takie jest tempo życia i pracy w mediach i byłby hipokrytą ktoś, kto by się tym oburzał.

Być może są zawody, gdzie na stres reaguje się spokojem, problemy rozwiązuje się z uśmiechem na ustach, a w najgorszym razie ktoś rzuci "motyla noga!". Ja w takich miejscach nie pracowałem i nie mam też pewności, czy pracować bym chciał.