Co i rusz pojawiają się głosy, że czas jest na tyle poważny, by pomyśleć o zwarciu szeregów niedoszłych koalicjantów z 2005 roku, czyli stworzeniu czegoś na kształt PO - PiS 2, a właściwie PO - PiS 1, bo przecież wtedy, po poprzednich wyborach, szansa na to porozumienie była jedynie w deklaracjach i spekulacjach.

Nie będę specjalnie oryginalny, jeżeli przyznam się do ogromnych wątpliwości, czy takie porozumienie jest w ogóle możliwe. I nie chodzi mi nawet o poziom złych emocji między największymi partiami na naszej scenie. Pamiętajmy, jak złe emocje były między na przykład PiS a Samoobroną, a potem jednak obie te partie tworzyły rząd. W polityce emocje da się jakoś zdusić, jeżeli za takim zduszeniem przemawia interes polityczny. Ale takiego interesu nie ma ani PO, ani PiS. Przynajmniej na razie.

PO liczy, że podejmując walkę z kryzysem poprzez zaciskanie pasa i cięcia - czyli inaczej niż USA i bogatych krajach europejskich, które pompują w gospodarkę setki milionów dolarów, euro czy funtów - przeprowadzi nas przez kryzys, zyskując uznanie wyborców. Nie jest im potrzebne do tego PiS, bo po co dzielić się zasługami. Rozumowanie to jest o tyle uzasadnione, że chociaż na razie nie widać efektów cięć - poza tym, że policja ma podobno jeździć na interwencje tramwajami lub autobusami (mam nadzieję, że na takim interwencyjnym autobusie będzie kogut) - to jednak gdy spojrzymy na efekty sypania pieniędzy w amerykańskie i europejskie systemy bankowe - i w ogóle w gospodarkę - to efekty tego podsypywania są na razie żadne.

Z kolei PiS rozpoczęło właśnie kampanię wizerunkową, podczas której otwartym tekstem mówi, że w czasie ich rządów o żadnym kryzysie nie mogło być mowy. Wręcz przeciwnie, wszystko kwitło. Z punktu widzenia PiS dobrze by było, żeby PO przeprowadziła Polskę przez kryzys, ale tak, by po przeprowadzeniu padła na twarz. Zresztą kalkulacja opozycji polegająca na czekaniu, aż się przeciwnik polityczny wykrwawi, jest kalkulacją jak najbardziej normalną, tyle że w normalnych czasach. A czasy nie są normalne. Dość powiedzieć, że nie znalazłem jeszcze w prasie ani w innych mediach wiarygodnej diagnozy tego, co dzieje się na rynkach. Myślę, że ktoś, komu uda się to zrobić, będzie kandydatem do ekonomicznej Nagrody Nobla. Ale jestem jakoś dziwnie pewien, że ten ktoś nie będzie ani z PO, ani z PiS.

Na razie jesteśmy skazani na polityczne podjazdy harcowników, w osobach ministrów Szczygły i Nowaka, którzy będą proponowali porozumienie i oskarżali się nawzajem, że to ta druga strona nie składa propozycji poważnej. Niestety w roli harcownika wystąpił też pan prezydent, który za główną przeszkodę w zawarciu takiego wielkiego sojuszu uważa panów Palikota i Niesiołowskiego. Zgoda, obaj ci politycy nie są gołąbkami pokoju, ale po drugiej stronie też jest kilka osób potrafiących przeciwnikowi dokopać.

Bo rzecz nie jest w nazwiskach. Pies jest pogrzebany w tym, że jesienią 2005 r. w naszym kraju skończył się podział historyczny, to znaczy taki, że gdy jedne wybory wygrywała Postsolidarność, to w następnych wygrywała tak zwana Postkomuna. Od 2005 r. wybory są światopoglądowe. A różnice światopoglądowe są o wiele mocniejsze od różnic historycznych. Niektóre kraje potrafią sobie z tym poradzić. Na przykład Niemcy kończą właśnie czwarty rok rządów Wielkiej Koalicji, i potrafiły stworzyć taką koalicję jeszcze przed kryzysem. Czy my będziemy potrafili? Zależy to chyba przede wszystkim od tego, jak głęboko zanurkujemy. I sam nie wiem, czy trzymać kciuki za głębokie nurkowanie, czy wręcz przeciwnie.