Cofnijmy się cztery miesiące. To właśnie wtedy na łamy gazet nieśmiało zaczęły się przedostawać informacje o tym, że polskie firmy mogą mieć problem z tzw. opcjami walutowymi. Chodzi o mechanizm, który – mówiąc w uproszczeniu – nakazywał przedsiębiorstwom wypłacanie dużych premii bankom w razie osłabienia się złotego. Owszem, ów mechanizm miał swoją drugą stronę, w sytuacji umacniania się naszej waluty firmy zyskiwały i to sporo. Tylko że złoty od pół roku słabnie właściwie z dnia na dzień.

Tyle wiemy. Wiemy również, że opcje doprowadziły kilka sporych firm na skraj upadłości, inne do gigantycznych strat; że być może prawdziwy dramat rozgrywa się na poziomie drobnych przedsiębiorców, których relacje drukujemy dzisiaj w „Dzienniku”. Nawiasem mówiąc, opcje sprawiają także kłopoty samym bankom chociażby przez to, że na rezerwy związane z ryzykiem niewypłacalności opcyjnych kontrahentów muszą odpisywać olbrzymie kwoty. Najwyraźniej kogoś przerosła tutaj skala zjawiska.

Właśnie: kogo? Skala strat wywołanych przez opcje obrosła już najróżniejszymi interpretacjami od potężnego spisku międzynarodowej finansjery po niepohamowaną żądzę zysku polskich przedsiębiorców, którzy wchodzili w opcje na prawo i lewo, bawiąc się lepiej niż w kasynie. A jaka jest interpretacja rządu i władz finansowych? Co wyjaśniono przez te cztery miesiące? Czy doszło do naruszenia prawa? Czy niestety firmy wystawiły się na łup opcji na własne życzenie, licząc na szczęście w walutowym hazardzie? Czy może od strony prawnej wszystko było OK, ale międzynarodowe instytucje finansowe postanowiły sobie pograć na polskim rynku walutowym, zgarniając olbrzymie sumy z opcji? Wówczas – delikatnie mówiąc – mielibyśmy do czynienia z naruszeniem dobrych kupieckich obyczajów, na co we współczesnym świecie istnieją skuteczne środki zaradcze.

Niestety, przez te cztery miesiące żaden organ państwa nie był w stanie ustalić w zasadzie niczego. Nawet ocena skali strat firm jest niespecjalnie precyzyjna i waha się od kilku do kilkudziesięciu miliardów złotych.

Za to zamiast czytelnego sygnału, że instytucje odpowiedzialne za rynek finansowy będą w zdeterminowany sposób dążyć do wyjaśnienia sytuacji, mamy pomysł wicepremiera Pawlaka, żeby umowy opcji unieważnić. Towarzyszą mu wypowiedzi tego samego dostojnika, że opcje będą przyczyną zmniejszonych wpływów do budżetu jeszcze przez dłuższy czas. Nawiasem mówiąc, tego rodzaju wypowiedzi mogą prowadzić do dalszego osłabienia się złotego, co spowoduje zapewne zapadalność kolejnych opcji i pogłębi straty firm.

Ale wróćmy do pomysłu unieważnienia umów opcyjnych. Jego żywot będzie krótki, nawet jeśli, co byłoby dziwne, zostanie przyjęty przez rząd i przejdzie całą ścieżkę legislacyjną, dotrwa tylko do pierwszego posiedzenia Trybunału Konstytucyjnego.

Czy to oznacza, że na opcje nie ma żadnych innych sposobów? Owszem są, choć znacznie mniej efektowne i medialnie chwytliwe niż koncepcja wicepremiera. Na przykład przypominające rozwiązania amerykańskie i brytyjskie powołanie specjalnych funduszy, które w zamian za udziały w „umoczonych” spółkach wykupywałyby ich opcyjne długi. Z minimalnym lub zerowym zaangażowaniem budżetu państwa.

Z wicepremierem zgadzam się tylko w jednej sprawie: jeżeli państwo podejmie decyzję o zaangażowaniu się w sprawę opcji, to trzeba się spieszyć. Na kolejne miesiące bezczynności nikogo nie stać. A już z pewnością borykających się z opcyjnymi długami przedsiębiorstw.