Gdyby Lech Wałęsa nie był człowiekiem zakłamanym, lecz prostolinijnym, sprawę jego agentury dawno by przykrył pył zapomnienia. Wystarczyłoby, gdyby po prostu przyznał się, że popełnił w czasach swojej młodości drobny błąd. Błąd, który po kilku latach zaowocował czymś niezwykle pozytywnym. Myślę nawet, że jego cała późniejsza działalność do końca lat 80. była próbą odkupienia tamtego grzechu. Jeśli to trafne założenie, to znaczyłoby, że ten drobny fałszywy krok, stał się dla niego trampoliną, z której wybił się ponad poziom przeciętności. Jednocześnie był najbardziej ukrywaną, wstydliwą tajemnicą.

Początek lat 90. był najlepszym momentem do jej ujawnienia przez samego Lecha Wałęsę swojego przelotnego romansu z SB. Wałęsa, niestety, nie tylko poszedł w zaparte (w czym trwa do dziś), ale dopuścił się rzeczy karygodnej. Korzystając ze swojej pozycji pierwszej osobie w państwie i mając w dodatku do pomocy usłużnych zauszników, zniszczył dużą część śladów o tajnej współpracy z SB na początku lat 70. Gdyby wtedy zdobył się na cywilną odwagę i publicznie ujawnił tamten epizod, w dorobku jego życia bez większego znaczenia, dziś nie byłoby sprawy Wałęsy. A mógłby to przecież zrobić jakby od niechcenia, w charakterystyczny dla siebie sposób. Prześmiewczy czy ironiczny.

Od blisko 20 lat zakopany byłby rów, nad którym po obydwu stronach stają zapalczywi wojownicy toczący spór o przywódcę "Solidarności". Spór, w którym obydwie strony zarzucają sobie wzajemnie, że strzelają zatrutymi strzałami.

Dziś IPN nie mógł inaczej potraktować Wałęsy. Musiał odmówić jego żądaniu zapoznania się z dokumentami z okresu jego współpracy z tajnymi służbami PRL. Gdyby udostępnił Wałęsie te akta, złamałby ustawę. Dlaczego miałby robić wyjątek dla Lecha Wałęsy?

Jest dla mnie oczywiste, że decyzja IPN ściągnie ze strony fanatycznych obrońców Lecha Wałęsy, często kierujących się czystym koniunkturalizmem, kolejne gromy na głowę jego prezesa. A i na głowę autora niniejszej opinii, popierającego zdecydowanie postępowanie IPN.