W zasadniczym sporze politycznym dzielącym dziś rząd i opozycję premier ma lepsze wyczucie bezpieczeństwa kraju, jego gospodarki i finansów. Wiemy już niemal z pewnością, że niepokojące zaostrzenie objawów kryzysu w Polsce w ciągu ostatniego tygodnia wynikło z przyczyn zewnętrznych wobec naszej gospodarki i polityki.

Mówi o tym otwarcie np. George Soros, upatrując ich w taktyce międzynarodowych banków. Potwierdza niespodzianie jeden z owych banków, tłumacząc swym klientom, że załamanie walutowe w naszym regionie nie wynika z jakiegoś nagłego krachu środkowo-europejskich gospodarek. Jeśli tak - to niezależnie od bardziej „smithowskich” albo „keynesowskich” ekonomicznych zapatrywań - wypada przyznać, że trzymanie ile sił podstawowych standardów bezpieczeństwa finansowego kraju jest dziś ważniejsze, niż wspomaganie ogarniętych kłopotami branż i firm, z poluzowaniem tych standardów.

Jeśli więc pod wpływem owych niekorzystnych wiatrów zewnętrznych Polska zdecydowałaby radykalnie zmienić dotychczasowy wyznaczony przez rząd kurs, porzucić zamiar wejścia do strefy euro oraz wzmocnić i tak już niebezpieczną nierównowagę w finansach publicznych - ilość i siła przestróg przed Polską wzmogłaby się jedynie w świecie finansów. A światowe gazety i agencje ratingowe z pewnością orzekłyby: „Tak, z Polską jest jeszcze gorzej niż myśleliśmy”.

Inaczej mówiąc: w tym sporze o potrzebę „ostrożności w wydawaniu złotówek” ani Jarosław Kaczyński, ani Marek Borowski nie mają racji nie dlatego, by oczywista była dziś nadal doktrynalnie liberalna recepta na kryzys. Bo oczywista ona już dawno nie jest! Ich błąd polega na tym, że nie zauważyli, iż polska gospodarka potrzebuje w pierwszej kolejności wzrostu zewnętrznego bezpieczeństwa. A dopiero w drugiej - wewnętrznych środków ratunkowych. I to właśnie zasadniczo różni dzisiejsze kłopoty naszej części Europy, od być może większych, ale na pewno innych kłopotów Niemiec czy Ameryki. Dlatego chybiony jest argument, mówiący: „Tusk czyni inaczej niż cały świat”. I jest to kwestia faktów i sytuacji, a nie wyznawanej gospodarczej ideologii. W czasie kryzysu zawsze bezpieczniej trzymać się zasad, niźli dać się unosić zmiennym i gwałtownym porywom.

Chwała Bogu, że Tusk czegoś się twardo trzyma. Tylko, że to jeszcze wcale nie znaczy, że w kręgu premiera narodził się jakiś „plan główny na kryzys”. Nie koniecznie sztywny i zamknięty. Elastyczny wobec zmiennej sytuacji, ale wyznaczający kierunek. Samo trzymanie się zasady „ostrożnego wydawania złotówek” i wyczerpywanie całej energii rządowej na antyopozycyjne filipiki w jej obronie – to strategia daleko niewystarczająca. Premier kilka dni temu, a teraz minister finansów angażujący się w podniecone tyrady piętnujące nieobecność na sali sejmowej jednego albo drugiego z bliźniaków sami siebie pozbawiają powagi , która jeszcze im będzie bardzo potrzebna. Tym bardziej, że wobec grzecznej opozycji manifestują jedynie bezsilną złość. Cui bono? Zaś czwartkowe „kryzysowe expose” premiera , mimo jego talentów oratorskich, jest w swej treści mocno rozczarowujące. Pilnowanie cen prądu (nie wiedzieć dlaczego nie gazu albo czekolady) i spłacanie długów za niewypłacalnych obywateli (tylko jak ustalić którzy to są, skoro do systemu socjalnego nie wprowadzono ciągle kryterium majątkowego) - to przedsięwzięcia, które w wydaniu polskiej administracji przyniosą więcej śmiechu niż pożytku. Nie mówiąc o tym, że nie są żadną receptą na kryzys.

Tak w poczynaniach, jak i w mowie Tuska brak rozmachu w konstruowaniu niestandardowego planu walki z kryzysem. Nie słychać o najlepszych uczonych i praktykach ekonomii ściąganych ze świata dla rady. Nie przeciekają do mediów fragmenty innowacyjnych raportów, w tajemnicy przygotowywanych dla premiera przez najlepsze umysły. Nie widać żadnej myśli, gdy idzie o kwestie prawdziwie trudne, nowe i groźne: „kryzys opcyjny” albo jawną bezsiłę państwowego nadzoru finansowego. Nie słychać, by debatowano z Brukselą nad zmianą kalendarza i reguł wypłat unijnych funduszów, a plany inwestycji publicznych mają podążać przedkryzysowym niewydolnym schematem. I tak dalej. Tak jak niezłe wyczucie potrzeby bezpieczeństwa gospodarki polskiej jest atutem, tak ów styl myślowej ciasnoty i braku rozmachu w sytuacji nadzwyczajnej jest dziś słabością gabinetu kryzysowego premiera Donalda Tuska.