Porozmawiajmy o godnej śmierci - >>> wezwała na łamach DZIENNIKA Renata Kim . Powodem tego apelu jest wstrząsająca historia Barbary Jackiewicz, która chce pomóc odejść swojemu synowi od 24 lat wegetującemu w stanie zbliżonym do śpiączki. Pani Jackiewicz jest matką troskliwą i opiekuńczą, tyle że obawia się, co stanie się z synem po jej śmierci. Z synem, któremu poświęciła swoje życie.

Trudno być niewrażliwym na pytania, które stawia ta kobieta. Pytania o prawo do przerwanie nawet nie własnego, a cudzego życia. Jednak Renata Kim czegoś wyraźnie nie napisała. Przecież nie chodzi o jakąś abstrakcyjną dyskusję. Chodzi o naruszenie tabu.

Tabu, które we współczesnym świecie jest nawet mocniejsze niż na przykład ochrona życia nienarodzonych. Większość liberalnych demokracji zdecydowała się na legalizację aborcji, a ma kłopoty z akceptacją eutanazją. A tam, gdzie wchodzi ona tylnymi drzwiami - jak we Włoszech - wywołuje silne sprzeciwy nie tylko katolickich fundamentalistów, ale miękkich prawicowców przypominających działaczy naszej PO.

Nieprzypadkowo, bo żadne prawo nie służy rozwikłaniu jednego przypadku. Prawo tworzy normę, ogólną i uniwersalną. Ono nie powstanie po to, aby załatwić dramatyczny problem rodziny Jackiewiczów. Nie, ono stworzy procedurę według której można będzie, tak to zapewne zostanie ujęte "skracać cierpienia". Z udziałem państwa, sędziów, lekarzy, którzy będą mieli nie tylko prawo, ale i zadanie uczestniczyć w przerywaniu życia.

Odwrócę przykład, która podała Renata Kim pisząc, że jakiś polityk doradzał matce, aby skróciła życie syna, a sąd z pewnością okaże jej wyrozumiałość. Komentatorka uznała to za wyraz hipokryzji, chowania głowy w piasek. A ja takie stanowisko, choć widzę jego paradoksalność, jakoś rozumiem. Mogę uznać, że powodowany odruchem miłosierdzia ktoś bliski decyduje się na taką dramatyczną decyzję. Może powinien zasługiwać na wyrozumiałość. Trudno mi za to akceptować sytuację, gdy instytucje powołane, aby chronić życie (sąd, służba zdrowia) podejmują rutynowo, na podstawie powierzchownych ustaleń, decyzję, która w życie godzi. To jest rozstanie się z tyloma rozmaitymi gwarancjami i zasadami (właśnie z tabu!), że mnie na myśl o tym po prostu cierpnie skóra.

To jest wkroczenie na drogę, z której nie ma powrotu. Tę granicę można potem bez końca przesuwać - wraz z coraz większą pobłażliwością sędziów i coraz większą gotowością lekarzy, by pomagać rodzinom w pozbywaniu się obciążających ich bliskich. Można oczywiście tworzyć zabezpieczenia, powoływać kolejne komisje, ale na końcu i tak jest tylko groza. Groza biurokratycznej loterii decydującej o życiu.

Obrońcy eutanazji powołują się na rozwój medycyny przedstawiając eutanazyjne decyzje jako wyraz postępu. Oczywiście fakt, że można podtrzymywać życie kogoś, kto kiedyś zmarłby, wikła nas w paradoksy, i nawet Kościół katolicki oskarżany w tej sprawie o wstecznictwo nie domaga się podtrzymywania każdej kuracji za wszelką cenę.

Ale przyjęcie generalnej zasady, że zależny od nas człowiek może umrzeć, kiedy my zechcemy, nie jest postępem. W starożytności czy średniowieczu ludzie nie mieli z tym kłopotów - wyciąganie poduszki spod głowy to praktyka wielu szacownych społeczeństw. To świętość życia, przyjęcie zasady, że lekarz jest od tego aby ratować za wszelką cenę, a nie przybliżać koniec, jest czymś stosunkowo nowym i postępowym. Dziś chce się z tą zasadą skończyć w imię współczucia. Jutro rozstaniemy się z nią, bo tak jest wygodnie.

Historia Eluany Englaro czy państwa Jackiewiczów to nawet nie jest klasyczna eutanazja, bo ona zakłada świadomą decyzję osoby, której dotyczy. Gdybym był sparaliżowany, może dążyłbym do własnej śmierci. Ale czy mam prawo wyrokować o śmierci osoby mi najbliższej, nawet zmienionej w warzywo? Po ludzku nie wiem. Tylko, że to nie mnie się stawia pytanie, a państwu. I nie jest metodą wyśmiewanie się z posłów czy sędziów opierających się takiej zmianie jako z ludzi, którzy sami czegoś podobnego nie doświadczyli. Gdyby nie taka arbitralność, społeczeństwo przypominałoby dżunglę, w której matka ma prawo zadusić noworodka jak swoją własność, bo nikt inny nie wie, co ona przeżywa.

Renata Kim wzywa do dyskusji, a ja się tej dyskusji zwyczajnie boję. Każde przyzwolenie na przekroczenie tabu zaczynało się od przypadków drastycznych. Aborcję legalizowano aby ulżyć zgwałconym dziewczynkom i kobietom chorym. Dziś w wielu krajach jest ona stosowana jako środek antykoncepcyjny, a jej zwolennicy sprzeciwiają się nawet skromnym ograniczeniom, np. obowiązkowym medycznym konsultacjom, uznając ją za spełnienie nieograniczonego prawa kobiety do decydowania o losie własnego potomstwa. Czy chcemy nieograniczonego prawa rodzin o decydowaniu o losie kalek, nieuleczalnie chorych, starców? Prawa zalegalizowanego, choćby w imię tego, że przecież w szpitalach i tak dzieją się straszne rzeczy, ale cichcem? Państwo, które głośno i "bez obłudy" mówi o odbieraniu życia, nie jest i nie będzie moim ideałem.

Piotr Zaremba, komentator „Dziennika
_____________________________________________________________________________

SPÓR O EUTANAZJĘ W DZIENNIKU

Opisana przez DZIENNIK >>> historia Barbary Jackiewicz i jej syna stała się dla >>>Renaty Kim powodem do wezwania do ogólnopolskiej dyskusji o eutanazji. Z Renatą Kim ostro polemizował już na stronie opinie.dziennik.pl Jakub Kumoch. Teraz zaś w spór włączył się Piotr Zaremba.