Obecna debata o euro ma dwa wymiary: merytoryczny i polityczny. Pytania o rzeczowym charakterze zadają ekonomiści, zastanawiając się, czy w sytuacji kryzysu rząd, poddając walutę kontroli, nie krępuje sobie rąk, tym bardziej gdyby miało dojść do nieprzewidzianych wydarzeń. Przypomina się atak spekulacyjny na funta brytyjskiego. Kilka lat temu Wielka Brytania była już w ERM2 i musiała pod wpływem ataków spekulacyjnych wycofać się z wprowadzenia euro.

>>> Jan Rokita: O co chodzi w awanturze o euro

Powstaje pytanie, czy my potrafimy się bronić przed tego rodzaju atakami spekulacyjnymi. Ostatnie tygodnie pokazują, że nie mamy zbyt wielu środków i pomysłów w takiej sytuacji. Tych pytań jest bardzo wiele, a zadają je poważni ekonomiści, co wcale nie przekreśla projektu wprowadzenia euro. Każe nam tylko solidnie zastanowić się nad tym, kiedy będziemy mieli na tyle swobody gospodarczej i odpowiednich zasobów, by ten trudny manewr podjąć.

Jest w tym jeszcze wymiar polityczny. Premier chce, jak sądzę, by stosunek do wprowadzenia euro był prostym i narzucającym się probierzem podziałów politycznych i partyjnych. Ma skutecznie podzielić partie na bezdyskusyjnych zwolenników euro i sceptyków. Tusk świetnie zdaje sobie sprawę, że walkę o wyborców wygrywa ten, kto narzuci właściwy podział sceny politycznej. Dzisiaj z tak silnym komunikatem i jawnie złą koniunkturą dla złotówki pomysł na szybkie wprowadzenie euro cieszy się sporym powodzeniem. Przekładając rzecz na język wyborczy, dzielić się obecnie mamy na mocnych zwolenników Unii Europejskiej i europejskiej waluty i na resztę, która kracze, wątpi, nie wie, co powiedzieć.

>>>Grzegorz Miecugow: Rząd zaspał w sprawie euro

Inicjatywę przejęła rządząca koalicja, opozycja znalazła się w defensywie. Platforma nie miała przez długi czas tak jasnego komunikatu. Wzmacnia go, dodając, w Europie euro będziemy bezpieczniejsi i kryzys nas tak strasznie nie dotknie. Może tak, może nie. Wydaje się momentami, że rząd traktuje wejście do euro jako podstawowe panaceum na kryzys. W co skądinąd śmiem wątpić.

Wydaje mi się, że tych dwóch porządków rzeczy i dyskusji nie należy mylić. To, co jest dobre dla poszczególnych partii, gdy za trzy miesiące mamy wybory, nie musi być dobre dla łagodzenia konfliktów społecznych i poprawiania gospodarczej koniunktury. Życzyłbym sobie więcej rzetelnych dyskusji, mniej szumu medialnego i wizerunkowego. Sprawa jest zbyt poważna.