Polski rząd nie chce już rozmawiać z bankiem Goldman Sachs. To ma być represja za spekulacyjne działania tego banku, który grał na zniżkę złotego. Goldman Sachs chciał mieć udział w prywatyzacji polskiej energetyki, i w tym celu zatrudnił Kazimierza Marcinkiewicza. Dla byłego premiera wiadomość o karze dla jego banku to chyba wyrok.

Marcinkiewicz z pewnością nie jest winien temu, że Goldman Sachs spekulował złotówką. Najprawdopodobniej nie wiedział w ogóle, że takie działania były podejmowane. Nikt pewnie go nawet o tym nie informował. Bo i po co? W rzeczywistości zajmował tam niezbyt ważne stanowisko. Bank zatrudnił go do czegoś innego - jako perspektywiczny polityk dostał pensję po to, by w przyszłości, gdy wróci na polską scenę, zadbał o przyjazną atmosferę dla swojego byłego pracodawcy. A tymczasem - jak twierdzi wielu polityków - jeździł do ministra skarbu Aleksandra Grada, by rozmawiać o energetyce.

Dziś Grad chce karać bank za spekulacje. Słusznie czy nie, to dla Marcinkiewicza nie ma znaczenia. Były premier przestaje być potrzebny Goldman Sachs. Po co komu ktoś, przed kim nie otwierają się już żadne drzwi? Na dodatek Marcinkiewicz nie jest już perspektywicznym politykiem. O to akurat sam zadbał, ostentacyjnie obnosząc się ze swoim romansem.

>>> Marcinkiewicz i złamane sumienie

Można więc twierdzić, że jest już tylko kwestią czasu, gdy Goldman Sachs podziękuje byłemu premierowi za pracę. Wtedy okaże się, ile warta jest firma Doradztwo Gospodarcze - Kazimierz Marcinkiewicz. Obawiam się, że nie będzie ona zbyt rozwojowa.