Wielu obserwatorów życia politycznego spodziewa się, że konsekwencje kryzysu gospodarczego mogą wpłynąć na kształt polskiej sceny politycznej. Zazwyczaj formułowane są ostrożne prognozy, bowiem wciąż wydaje się, że cztery parlamentarne partie są bardzo dobrze osadzone finansowo i medialnie w polskiej polityce. Z kolei doświadczenie kilkunastu lat transformacji podpowiada, że największe potęgi potrafią się rozsypać jak domek z kart. Ale dopiero ostatnie ruchy na politycznej planszy otwierają możliwość na prawdziwą "opcję zero". Z różnych powodów zagrożone są dziś wszystkie partie.

>>> Według Eryka Mistewicza to "pokolenie Golden Line" zmiecie ze sceny skostniałych polityków

Donald Tusk znalazł się w podwójnie trudnej sytuacji. Po pierwsze dlatego, że spowolnienie gospodarcze stanowi wyjątkowe wyzwanie dla jego rządu, po drugie dlatego, że najwięcej stracą na kryzysie typowi wyborcy PO. Szef Platformy, który zbudował strategię rządzenia na unikaniu decyzji, byle tylko nikogo nie urazić, znalazł się w sytuacji, gdy będzie musiał decyzje podejmować, a każda będzie trudna i kogoś urazi. Obejmując władzę po skompromitowanych rządach Jarosława Kaczyńskiego, Platforma długo mogła opierać się na estetycznej różnicy wypracowanej przez media i środowiska opiniotwórcze, przy szczerym i gorliwym współudziale samych braci Kaczyńskich. I póki była koniunktura, można było zakładać, że Polakom wystarczy estetyka zamiast polityki. Kryzys przekreśla nadzieje na bezpieczne rządy bez ryzyka. A żeby lądowanie w prawdziwej polityce jeszcze PO utrudnić, PiS postanowiło zmienić wizerunek i zrzucić z siebie choć część odium.

Reakcją Platformy na kłopoty gospodarcze było udawanie, że nic się nie stało. Do stycznia zaklinano kryzys słowami, a od stycznia działaniami. Optymistyczne prognozy zastąpiono dostosowaniem skali wydatków do spadających wpływów. PO liczy, że w sprzyjającym otoczeniu medialnym to, co jest zaniechaniem, zostanie uznane za ostrożną politykę.

Prawdziwe działania PO podjęła za to w dziedzinie gry politycznej. Partia Tuska postanowiła odwołać się do wyćwiczonego w latach 90. mechanizmu mobilizowania elektoratu, przedstawiła więc mu wybór: „wymagająca dziś wyrzeczeń jutrzejsza nowoczesność czy niechybne zacofanie”. W tej edycji gry o monopol na modernizację warunkiem ma być jak najszybsze wejście do strefy euro, a sugerowanym kontekstem porównawczym – niedawne wejście do Unii. I oczywiste ostrzeżenie: kto nie chce euro, staje w jednym szeregu z tymi, którzy nie chcieli Polski w Unii.

Niepotrzebnie dziwi się Paweł Śpiewak, że rząd, głosząc konieczność natychmiastowego wejścia do ERM2, chce zrezygnować z głównych instrumentów prowadzenia polityki gospodarczej w czasie, gdy są one najbardziej potrzebne. Dotąd PO nie dała się poznać jako partia chcąca i umiejąca z nich korzystać. A w sytuacji, kiedy PO ma 50 proc. poparcia, prowadzenie polityki gospodarczej, gdy można odpowiedzialność za nią wyeksportować za granicę, stoi w sprzeczności z politycznym interesem partii. Gdy przerzuci się kompetencję na instytucję unijne, zniknie problem konieczności podejmowania decyzji o deficycie, polityce monetarnej, itd. Dzięki temu PO będzie mogła liczyć na ponowne zastąpienie polityki estetyką i robienie tego, w czym jest naprawdę dobra, czyli wrażenia.

Wiele jednak wskazuje, że tym razem Platformie nie ujdzie na sucho. Widać, że kryzys będzie dotkliwy dla klasy średniej. To ona razem z Tuskiem śniła swój sen o potędze, a dziś ma problemy z uzyskiwaniem kredytów albo ze spłatą rosnących rat. Media donoszą o organizujących się w internecie społecznościach dotąd zatomizowanych jednostek, które zostały brutalnie zatrzymane na drodze do realizacji swoich aspiracji życiowych. >>> Eryk Mistewicz słusznie dostrzegł w tym zjawisku potencjał polityczny. Dotychczas obowiązywał niepisany pakt między bogacącą się klasą średnią a głównym nurtem polityki: pozostajemy apolityczni, akceptujemy dominujące poglądy i wybieramy ładniejszych, ale pod warunkiem, że możemy robić swoje. Kryzys i nieudolna polityka rządu mogą doprowadzić do wypowiedzenia tego paktu. Klasa średnia to ludzie, którzy chcą bezpieczeństwa, bo inwestują w swoje wykształcenie, kwalifikacje zawodowe, bo mają dobrze zaplanowane kariery. To nie są ludzi tak bogaci, żeby ich plany życiowe nie podlegały perturbacjom z powodu kłopotów całej gospodarki. Ani tak wykluczeni, by kryzys nie robił na nich wrażenia. Wbrew temu, co pisze Piotr Gursztyn, są to ludzie rozumiejący realia gospodarcze. Pamiętają, co mówiono w Polsce i na świecie o zbawiennej roli wolnego rynku i jego zdolnościach do samoregulacji. Potrafią czytać zachodnie media i indolencję rządu mogą zestawić sobie z głosem Paula Krugmana, który mówi: „Lepiej pomylić się, działając za mocno, a nie - za słabo” albo głównego ekonomisty MFW Oliviera Blancharda: „W kryzysie należy robić raczej za dużo niż za mało”. Mogą zwątpić w radosną pieśń polskiej transformacji o cudotwórczych zdolnościach biznesu uwolnionego od państwowych regulacji, która dotąd pobrzmiewa w poradach Leszka Balcerowicza, a zainteresować się słowami Josepha Stiglitza, który mówi, że "musimy zarządzać bankami zgodnie z interesem publicznym" i namawia Baracka Obamę do nacjonalizacji niektórych banków. Dziś ci ludzie przekonują się na własnej skórze, że otoczenie polityczne jest dla nich ważniejsze, niż sądzili, że na dłuższą metę nie da się uciec od polityki w prywatność. Doraźna mobilizacja w sprawie tego czy innego banku może być drogą do większej partycypacji w życiu politycznym Polski.

Nie przypadkiem więc jedyne konkretne działanie antykryzysowe rząd przedsięwziął właśnie dla ochrony tych, którzy - jak to symptomatycznie nazwano - zaciągnęli „średnie kredyty”. Choć projekt ogłoszono już dwa razy, najpierw w parlamencie, a ostatnio ustami Michała Boniego, to wciąż nie podano szczegółów selekcji osób, którym postanowiono pomóc w spłacie pożyczki. Dzięki temu pozytywny sygnał poszedł do wszystkich oczekujących. I choć to dobra propozycja, to nie przesądza jeszcze, że zamiast polityki prokryzysowej rząd wybierze wreszcie antykryzysową.

Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że najlepiej do sytuacji kryzysu przygotował się Jarosław Kaczyński, bo dekretował „politykę pokoju” i przedstawił alternatywny plan gospodarczy, ale jest dość prawdopodobne, że nie tylko nic na tym nie zyska, a jeszcze może stracić. Każda socjologiczna analiza elektoratu PiS prowadzi do wniosku, że podstawowa więź między wyborcami a Kaczyńskimi opiera się na mechanizmie rozładowywania zgromadzonych w części społeczeństwa frustracji przez retoryczne ataki na „układ”, „elity”, „mniejszości”, Unię. Rezygnacja z nich może zniszczyć komunikację z wyborcami. Tymczasem pamięć po dwuletnich rządach braci Kaczyńskich długo jeszcze będzie stanowić nieprzekraczalną barierę dla nowych wyborców. A uspokojenie retoryki może doprowadzić do strat na prawej flance.

Wbrew Mistewiczowi uważam, że za mało czasu minęło od sukcesów Samoobrony i LPR, by wykluczyć możliwość populistycznego organizowania gniewu społecznego w starym stylu. Sondaż dający LPR 5 proc. poparcia jeszcze nic nie znaczy, ale „walka o pokój” PiS i PO może podmyć fundamenty, na których stoi prawica braci Kaczyńskich. Dziś skrajna prawica jest rozdrobniona, ale gdy stanie się jasne dla wyborców, a także dla o. Rydzyka i innych wpływowych kręgów, że PiS nie daje szans na zmianę polityczną w Polsce, Lech Kaczyński z kretesem przegra wybory prezydenckie, a cała formacja może się załamać i wyłoni się jakiś nowy byt obsługujący te same frustracje.

>>> Jak może wyglądać ten nowy byt - pisze Jacek Jarecki

„Opcja zero” najbardziej jednak zagraża obecnej lewicy parlamentarnej. Ostateczne rozstanie SLD i Cimoszewicza oznacza, że SLD stoi dziś jedną nogą w trumnie. Lista SLD bez Cimoszewicza, Rosatiego i Danuty Huebner to wynik w eurowyborach gorszy co najmniej o kilka procent od tego, jakiego spodziewa się partia. Bratobójczy bój dwóch list na lewicy oznacza, że najlepsza z nich dostanie nie więcej niż 7 - 10 proc. Rozstanie z Cimoszewiczem to jednak przede wszystkim niemal pewna kompromitacja SLD w wyborach prezydenckich, a z tej porażki trudno będzie się już podnieść. Wystarczy, że na lewicy pojawi się jakiś nowy kandydat, a może dojść do przesilenia i w wyborach parlamentarnych pojawi się nowa reprezentacja lewicy.

Nie tylko społeczne konsekwencje załamania koniunktury sprawiają, że zmiany w polskiej polityce są prawdopodobne. Indolencja Tuska i Rostowskiego wobec kryzysu uderzająca w elektorat PO, zmiana retoryki PiS sprzeczna z oczekiwaniami własnych wyborców, samobójcze roszady na lewicy – to stawia pod znakiem zapytania stabilność obecnego układu politycznego. Zazwyczaj w ocenie polityków trudno nam odróżnić faktyczne talenty od sprzyjającej koniunktury. Tacy politycy jak Miller czy Oleksy w okresie chwały wydawali się skazani na sukces. Gdy życie polityczne wypluło ich na margines, okazało się, że w polityce nie ma eliksirów młodości. Ten sam dysonans odczuwać możemy niedługo wobec obecnych tuzów.