Może pisząc w ten sposób, a w dodatku w ten sposób naprawdę myśląc, daję dowód mojego populizmu, prostactwa, niezrozumienia dla priorytetu partyjnej demokracji, jakim jest konieczność znalezienia pretekstu do konfliktu ożywiającego dwa partyjne aparaty, a w najlepszym razie także dwa elektoraty. Ale ja naprawdę uważam, że bijąc się o złotówkę i euro, PO i PiS pobiły się o rzeczy, które powinny się stać przedmiotem szerokiego politycznego konsensusu. Konsensusu rozsądnie i merytorycznie przygotowanego, wynegocjowanego i realizowanego przez dwie partie dzielące się od 2005 roku władzą nad Polską. I przez dwa ośrodki władzy wykonawczej, bez których współpracy łatwo jest Polskę paraliżować praktycznie w każdej kluczowej dla nas sprawie, co widzieliśmy i widzimy do dzisiaj.

W latach 90. przedmiotem takiego konsensusu stał się polski marsz na Zachód - w stronę NATO i Unii Europejskiej. Był taki czas - i to czas stosunkowo długi - kiedy wprowadzenie Polski do NATO i Unii, a następnie pogłębianie związków atlantyckich i europejskich, było wspólnym celem Leszka Millera i Jerzego Buzka, Aleksandra Kwaśniewskiego i Mariana Krzaklewskiego, Bronisława Geremka i Bronisława Komorowskiego... Z poważnych polskich polityków tylko Marek Jurek potrafił wtedy wystąpić w „Najwyższym Czasie" i powiedzieć, że „NATO służy do krępowania suwerennych decyzji narodowych" (cyt. za przygotowywaną do druku książką Rafała Matyi o polskim konserwatyzmie po roku 1989). W szeregach postkomunistów głośna grupa polityków i publicystów krytykowała co prawda NATO, i to bardzo głośno, za interwencję na Bałkanach, ale kiedy formacja ta była u władzy, w sposób sensowny i zdeterminowany wspierała zarówno atlantycką opcję Kwaśniewskiego, jak też unijne priorytety Leszka Millera i Danuty Huebner.

Waluty wstępują do partii

Donald Tusk rozpoczął bój o euro - bój z założenia państwowy, który jednak szybko zdegenerował się w kolejną wojnę partyjną - deklarując przed rokiem w Krynicy, że chce wprowadzić Polskę do strefy euro w 2012 roku. Wielu ekspertów wątpiło w realizm tej deklaracji, ale jednocześnie cieszyło się, że w ogóle została z taką determinacją przedstawiona. Bo wejście do strefy euro jest konsekwencją i kontynuacją prozachodniej opcji w polskiej polityce. Będzie Polskę osłaniać ekonomicznie - przed używaniem naszej narodowej waluty jako jednego z najsłabszych w skali świata papierów spekulacyjnych, którym można grać w górę albo w dół bez najmniejszego nawet związku z potencjałem i potrzebami polskiej gospodarki. Ale wejście do strefy euro będzie nas także osłaniać politycznie. Uczyni z nas część tzw. rdzenia Unii Europejskiej, kraj, który trochę trudniej będzie - w razie konieczności - sprzedać Gazpromowi. Bo razem z Polską sprzedawałoby się wówczas także kawałek własnego budżetu i własnego pieniądza.

Kiedy jednak Donald Tusk ogłosił deklarację o chęci jak najszybszego przystąpienia do strefy euro, Jarosław Kaczyński zadął w róg eurosceptycyzmu. Chęć wyrzeczenia się przez Tuska polskiej waluty, jednego z atrybutów suwerenności, Kaczyński uznał za świetny argument do mobilizowania własnego elektoratu. Jeździł zatem po Polsce, ostrzegając przed euro emerytów i nauczycieli, dzieci i kobiety. Używał argumentów populistycznych, prostackich, ale uważał, że ma do tego prawo. W końcu inteligenci o wielkich nazwiskach wcześniej używali argumentów prostackich przeciwko niemu, kiedy jeszcze rządził. Więc Jarosław Kaczyński miał prawo zdziczeć i z prawa tego - szkoda że akurat w kwestii euro - skorzystał.

Jako że Polacy bojący się euro i do euro tęskniący nie dzielą się na dwie równe grupy - bo ludzi zdeterminowanych do podążania drogą na Zachód, w tym do strefy euro, jest w Polsce więcej - zatem także PO zaostrzyło kurs. Także dla Donalda Tuska euro, zamiast być podstawowym państwowym i ponadpartyjnym priorytetem, stało się priorytetem partyjnym, skutecznym narzędziem w wojnie z PiS-em. Rok 2012, zamiast być pierwszą, miękką negocjacyjną propozycją dla PiS, PSL i SLD (Sojusz w tej kwestii zachowuje się całkiem nieźle, a Wojciecha Olejniczaka nie mógłbym się wprost nachwalić), stał się w ustach Tuska i innych polityków PO dogmatem, utwardzanym na przekór i na pohybel PiS-owi. Kierunkowy wybór PO w kwestii euro był całkowicie słuszny. Upartyjnienie go, kiedy stało się to dla PO opłacalne, było jednak błędem. Bo nie wiem, czy PO ma i będzie miała dosyć władzy, aby samodzielnie Polskę do strefy euro wprowadzić.

Bez szansy na zgodę

Od paru dni wydaje się, że jest lepiej. Na pewno jest lepiej po stronie Tuska, który wreszcie powiedział, że nie chodzi o rok 2012, żeby zrobić na złość PiS-owi, ale o jak najszybszy realistyczny termin. Pojawiły się widełki 2 - 3 letnie. Przyznano, że wszystko to jest możliwe wyłącznie po skutecznym podniesieniu wartości złotego w stosunku do euro. Z kolei Lech Kaczyński wypowiedział sakramentalne „tak" pod adresem euro, a marszałek Putra przedstawił sensowne warunki odstąpienia PiS od żądania referendum w sprawie euro. Niestety, natychmiast zdezawuowane przez Jarosława Kaczyńskiego.

I myślę, że to stanowisko prezesa PiS będzie rozstrzygające. A deklaracje zgody nie przetrwają momentu rozpoczęcia realnych międzypartyjnych negocjacji, o ile w ogóle się kiedyś rozpoczną. Jarosław Kaczyński naprawdę wierzy, że - używając języka Antoniego Macierewicza - przewodzi jedynemu w tym kraju „stronnictwu niepodległościowemu". Podczas gdy wszyscy inni, a już szczególnie PO, niepodległość mają sobie za nic. A jeśli jest się jedynym „stronnictwem niepodległościowym", to szańca złotówki opuścić po prostu nie można. Także Glapiński i Bugaj nie po to zostali ekonomicznymi doradcami prezydenta, żeby negocjować sposoby zrealizowania priorytetu wejścia Polski do strefy euro, ale żeby ten priorytet kwestionować.

Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, katastrofa złotego, która wydarzyła się na kolejnym etapie wojny o euro, została przywitana przez wielu polityków PiS-u z nieskrępowaną satysfakcją. Po pierwsze, uderzała w wizerunek Platformy. Można było znów przekonywać Polaków, że PO z kryzysem sobie nie radzi. To jeszcze bym zrozumiał, to jest w miarę typowe wykorzystywanie kryzysu państwa przez opozycję, szczególnie w krajach trzeciego świata. Ale jednocześnie Kaczyńscy, Jacek Kurski i wielu innych zaczęli upadek złotówki używać jako argument w obronie złotówki. Przeciwko euro. To już zatrąca o absurd. Spekulacyjny upadek złotówki, podobnie jak wcześniejszy jej spekulacyjny wzrost - oba nie mające wiele wspólnego ze stanem polskiej gospodarki, nie mówiąc już o potrzebach polskiego biznesu, który ostatecznie poradzi sobie i z walutą silniejszą, i słabszą, ale nie poradzi sobie z walutą zmieniającą wartość po 50 proc. w jedną lub drugą stronę - to gigantyczny argument na rzecz wejścia Polski do strefy euro. Bo zapewni to polskiej gospodarce stabilizację podstawowego jej parametru, stabilizację wartości obowiązującej w tej gospodarce waluty.

Co wypada zrobić

Upadek złotego powinien zmusić wszystkie strony sporu do przemyślenia strategii „dojścia" do euro, pochylenia się nad kalendarzem i przeglądu narzędzi, jakie ma w ręku polski rząd, władza, polski bank centralny, polscy dyplomaci - polityczni i ekonomiczni. Premier Węgier już zwrócił się do władz Unii o przemyślenie wyśrubowanych parametrów dopuszczania nowych krajów do strefy euro. Być może to jest jeden z dyplomatycznych frontów, na których Polska także powinna się bić. Bo choć proponowane przez PiS wypuszczenie na rynek lawiny pustego pieniądza, który nie jest dolarem czy euro, więc mógłby stracić wszelką wartość, doprowadziłoby do katastrofy, to w warunkach spadku produkcji, eksportu i konsumpcji nadmierne dociskanie budżetu też jest obciążone ryzykiem. I kraje, które chcą mieć Polskę czy Węgry w strefie euro, bo same potrzebują większego i lepiej zintegrowanego rynku, powinny nieco Węgrom i Polsce warunki dochodzenia do strefy euro złagodzić. A także nieco bardziej wspomagać nasze gospodarki i pieniądz w czasie, który będzie dla procesu dochodzenia do euro najtrudniejszy, najbardziej ryzykowny.

O polską suwerenność, o podmiotowość polskiej polityki także jest gdzie się bić. Konieczna jest np. wspólna walka wszystkich polskich partii, wszystkich polskich polityków w Brukseli, o zapewnienie nam wpływu na politykę monetarną strefy euro, konieczna jest wspólna walka o wprowadzenie Polaków do Europejskiego Banku Centralnego. Ale PiS musi porzucić swoją ideologię obrony złotówki, jako narzędzia suwerennej władzy, jako narzędzie suwerenności. A mam obawy, że Jarosław Kaczyński tego szańca nie porzuci, bo ma kłopoty z formułowaniem nowocześniejszych i bardziej precyzyjnych projektów polskiej suwerenności w Europie. I kapitulacja na froncie złotówki sprawiłaby, że w zasobie ideologicznych argumentów zrozumiałych dla własnego elektoratu nie pozostałoby mu zbyt wiele.

Blokowanie integracji na zawsze

Jarosław i Lech Kaczyńscy, przyciśnięci do muru, mówią: nie jesteśmy przeciwko integracji z Unią, ale nie takiej integracji i nie z taką Unią. Powtarzają też, że tak w ogóle nie są przeciwko euro, ale nie w 2012, nie w 2015, tylko w momencie, kiedy Polska będzie już tak bogata jak inne kraje Unii. Zachowują się dokładnie tak jak antyeuropejski irlandzki miliarder Ganley. On także, przyciśnięty do muru, z promiennym uśmiechem powtarza: ja nie jestem przeciwko samej idei Unii, robię tylko wszystko, żeby tę konkretną Unię w każdym punkcie rozwalać. Ja nie jestem przeciwko integracji europejskiej, nawet jeśli zwalczam każdą kolejną próbę integracji i wspieram finansowo i politycznie każdego wroga UE, od skrajnej prawicy po skrajną lewicę. Kaczyńscy są tacy jak Ganley.

W jaki sposób prezydent i szef opozycji chcieliby to „wzbogacenie się Polski do przeciętnego poziomu UE" zapewnić, bez coraz głębszej integracji naszego kraju i naszej gospodarki z unijnym rynkiem i unijnymi instytucjami, bez dalszej i głębszej integracji, której ważnym elementem jest wejście do strefy euro? Przecież wszyscy gołym okiem widzimy, że polski impuls rozwojowy nie jest impulsem suwerennym, autarkicznym, zainicjowanym tutaj przez PiS, Samoobronę czy LPR. Ani nawet przez UW, SLD czy PO. To jest impuls europejski, impuls integracyjny, związany z przyłączeniem Polski do europejskiego rynku, ale także do europejskiego systemu solidarności społecznej i ekonomicznej. Jest to impuls integracyjny, z integracji europejskiej wynikający i dalszej integracji wymagający.

Nawet jeśli ten wspólny rynek i wspólny obszar solidarności społeczno-ekonomicznej bardzo się dzisiaj chwieją, to bez nich Polska dalej by dryfowała. Politycznie, ekonomicznie, cywilizacyjnie. I to moim zdaniem, na Wschód, a nie ku odległym brzegom Ameryki.