Zawsze gdy czytam takie teksty, zastanawiam się, jak powstały. Czy to redakcja zmusiła autora do napisania, a on ugiął się pod przymusem, czy sam zgłosił się, licząc, że zwierzchnicy będą zachwyceni jego oddaniem. Bo nie wierzę, że to wyraz wolnej myśli publicysty lub dziennikarza. Nie wierzę we własną inicjatywę autorów, gdyż nie śmiem sądzić, by ktoś mógłby być aż tak mało inteligentny, aby sam z siebie pisać rzeczy, w których logika i etyka aż tak daleko odjeżdżają od rzeczywistości.

Chodzi mi o kolejny pomnikowy (a może podręcznikowy) przykład dziennikarstwa, które nazywa się ostatnio "cynglowym". Konkretnie: tekst Pawła Wrońskiego z "Gazety Wyborczej", w którym autor manifestuje swoją radość z odwołania Krzysztofa Skowrońskiego z szefowania radiowej "Trójce". Radość z odwołania bardzo sprawnego szefa przez ludzi Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony. Tytuł też dużo mówi: "Honor czy honorarium?".

>>> Piotr Zaremba: "Wyborcza" dopadła Skowrońskiego

Do tej pory Wroński nie był zaliczany do grona "cyngli" Agory. Pisał rzeczy, które były powodem do dyskusji, ale mające związek z rzeczywistością. To znaczy częściej niż inni autorzy "GW" informował czytelników o wydarzeniach i je komentował, niż pouczał tychże czytelników, co mają myśleć o świecie. Nie był czystym przykładem uprawiania agit-propu. Nie można było też powiedzieć, że był egzekutorem wyroków jak pewna jego koleżanka. Teraz to się zmieniło.

Pytanie: czy to wewnętrzna przemiana Pawła Wrońskiego, człowieka przecież już dojrzałego, czy jednak okoliczność zewnętrzna? Na przykład taka, że w trudnych czasach - masowych kilkusetosobowych zwolnień i zaciskania pasa - trzeba być jeszcze bardziej "agorowym", niż było się do tej pory. Wroński z pewnością odpowie, że to jego wolny umysł i sumienie nakazały mu napisać radosną laudację o wyrzuceniu przez LPR Skowrońskiego. No bo przecież żadne niskie pobudki, np. strach, że można stracić pracę w redakcji, w której pracowało się prawie 20 lat.

Okoliczności towarzyszące tekstowi są jednak takie, że "Wyborcza" od dłuższego czasu prowadziła nagonkę na Skowrońskiego. Tak samo jak na innych ludzi mediów, z którymi było jej nie po drodze. Logika zarzutów sprowadzała się do jednego: to skandal, że tacy ludzie mają jakieś audycje, że publicznie występują i ośmielają się mieć inne zdanie niż Agora. Konkretnych zarzutów nie było wcale. Sprowadzały się do tego, że Rafał Ziemkiewicz krytykuje Adama Michnika, a ktoś inny popiera lustrację. W przypadku Skowrońskiego próbowano powoływać się na jakiś audyt, ale i to okazało się za słabe. Bowiem nie znaleziono tam przekonującego skandalu. Wroński zresztą o audycie nie wspomina, twierdzi tylko, że szef "Trójki" był uległy wobec Kaczyńskiego (bo pojechał do niego na wywiad).

>>> Mann broni Skowrońskiego

A kolejną okolicznością jest to, że Agora ma własne plany podboju rynku mediów. Z telewizją nie wyszło, z radiem już tak. A media publiczne, szczególnie zreformowana "Trójka", były niebezpieczną konkurencją. Nie tylko w walce o dusze Polaków, ale też w dzieleniu reklamowego tortu. Dziennikarz piszący tekst taki jak ten o Skowrońskim naraża się zatem na kolejne pytanie: czy występuje jeszcze jako człowiek pióra, czy już jako rzecznik zarządu koncernu?

Wroński czepia się dziennikarzy, że dostawali "konfitury" za pracę w publicznych mediach. Ci właśnie, których on nazywa "propisowskimi". Dziwny zarzut: bo albo mieli pracować za darmo, albo ustąpić miejsca tym z "Wyborczej"? Wtedy nie byłyby to już konfitury, ale ciężko i sprawiedliwie zarobione pieniądze. Tak jak np. w przypadku Michała Ogórka z "Gazety", który miał program w Polskim Radiu w tym samym czasie co potępieni Tomasz Sakiewicz czy Rafał Ziemkiewicz. Sam zresztą widziałem dziennikarzy "Wyborczej" podpisujących umowy o wypłacenie im honorariów za występy w programach TVP. Nie widziałem wówczas obrzydzenia na ich twarzach.

I to wszystko dostajemy podlane moralizatorskim sosem: "Władza zawsze będzie kusiła dziennikarzy. Tylko ci, co dali się skusić, powinni pamiętać o konsekwencjach" - pisze na zakończenie swego artykułu Paweł Wroński. Sojusznicy z LPR i Samoobrony nie będą teraz kusić dziennikarzy z "Wyborczej". Nie muszą. Ci sami przybiegną na jeszcze ciepłe miejsca. W imię wzniosłych haseł o dziennikarskiej misji. Założymy się, że tak będzie?