Intencją Gyurcsanya jest utworzenie na rok rządu fachowców, który z jednej strony miałby moc podejmowania ryzykownych decyzji ekonomicznych i nie był wystawiony na agresywną krytykę prawicy, z drugiej zaś - znajdował się pod faktyczną kontrolą lewicy, zapobiegając ideowej i personalnej kontrrewolucji, nieuchronnej, jeśli władzę przejmie Orban.

Pierwsze jest węgierską racją stanu w obliczu rozmiarów gospodarczej zapaści kraju. Drugie - egzystencjalną racją lewicy, która od pamiętnego ujawnienia w 2006 roku tajnej mowy premiera: "Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy w dzień i kłamaliśmy w nocy", zapada się jak niegdyś SLD po aferze Rywina. Gabinet fachowców pod przewodem liberalno-lewicowego ekonomisty Lajosa Bokrosa proponuje mała partia konserwatystów MDF.

Gdyby taki plan się powiódł, nowy rząd mógłby powstać już w kwietniu drogą konstruktywnego wotum nieufności, a postkomuniści zyskaliby szansę pomyślenia nad ratunkiem dla swej tonącej partii. Ale wiadomo, że Fidesz - dziś dominujący gracz na węgierskiej scenie, nie tylko nie wziąłby w takim rządzie udziału, ale by go zwalczał. Mając 63 proc. społecznego zaufania, Victor Orban chce po prostu niezwłocznych wyborów i pełnej władzy. Zapowiedź dymisji Gyurcsanya, który dotąd z maską uśmiechu potrafił przetrwać własne kłamstwa, potężne antyrządowe rozruchy i upadek swego autorytetu, otwiera możliwość przyspieszenia zdarzeń.

Lecz nawet jeśli ta zapowiedź miałaby być tylko taktycznym trickiem i w perspektywie miesiąca nic na Węgrzech się nie zmieni - kolejne kłamstwo Gyurcsanya przyśpieszy tylko erozję węgierskiej lewicy. Pomimo wojny PO - PiS trudno nam w Polsce wyobrazić sobie pierwotną i zajadłą nienawiść towarzyszącą walce prawicy z lewicą na Węgrzech. W takiej sytuacji okopy pomiędzy elektoratami są głębokie, a przepływy wyborców następują rzadko i powoli.

Jednak synergia skali węgierskiego kryzysu (ostatnio na Węgrzech zbankrutowało 7 tysięcy firm!) oraz skali odkrytych kłamstw ekipy Gyurcsanya (zdymisjonowano np. szefa GUS, aby przesyłać fałszywe dane statystyczne do Brukseli) - uczyniła wyłom w owych okopach. Po raz pierwszy od wielu lat Fidesz - podobnie jak PO w Polsce - otrzyma poparcie części tradycyjnie lewicowych wyborców. I ten fakt przesądza przyszły kształt węgierskiej polityki.

Dla Polski nieodległy powrót Orbana ma znaczenie, gdy idzie o kształtowanie europejskiej polityki na Wschodzie. Prawdopodobnie ostatnią znaczącą decyzją Gyurcsanya było zawarcie 10 marca - tuż przed zapowiedzią dymisji - dwóch umów z Gazpromem o budowie rosyjskiej rury gazowej przez Węgry (tzw. South Stream) oraz potężnych magazynów rosyjskiego gazu.

Zwłaszcza decyzje o rurze nie wydają się jednak nieodwracalne. Wrażliwość Orbana w sprawach wschodnich jest zbliżona do polskiej; polska polityka wzmocniłby się więc wraz z jego powrotem. Fidesz występuje z wartą poważnego namysłu koncepcją utworzenia Środkowoeuropejskiego Funduszu Energetycznego przez narodowe koncerny naftowe krajów leżących między Tallinem a Zagrzebiem. A na tym rynku największym graczem jest polski Orlen.

Na europejskiej arenie Orban - gorliwy protestant - jest także potencjalnym sojusznikiem Polski wszędzie tam, gdzie toczy się spór o religię, tradycję i obyczaje. Bywaliśmy osamotnieni na tych polach w Unii, a Orban będzie się sytuować zapewne na prawo i od Tuska, i od Kaczyńskiego. Najlepszą zapowiedzią dla nas jest jednak to, że Fidesz i jego przywódcy mieli zawsze ten charakterystyczny rys fascynacji Polską, polską religijnością, a zwłaszcza fenomenem "Solidarności". I ten właśnie rodzaj więzi buduje nadzieję odnowy martwej dziś polsko-węgierskiej wspólnoty politycznej w Europie.