Tusk sprawdza magisteria. Jak na Białorusi?
W obronie dobrego imienia Lecha Wałęsy, który to cel skądinąd rozumiem, Platforma przekroczyła już próg własnego ośmieszenia. Teraz zbliża się niebezpiecznie do progu dyskusji o granicach wszechwładnego wtrącającego się we wszystko państwa. Bo w przypadku prac historycznych bardzo trudno wytyczyć granice między badawczą rzetelnością a poglądem, także politycznym – pisze Piotr Zaremba.
- Lech Kaczyński opisany metodą Zyzaka
- Tusk traci głowę. Robi się niebezpiecznie
- "Wysłanie komisji na UJ pachnie polityką"
- Lustracyjny Maj '68 Pawła Zyzaka
- Zemsta na uniwersytecie - za Zyzaka
- Jarosław Kaczyński broni wolności słowa
- Słaba Platforma rządzi słabym krajem
- Zaremba: Szepty i krzyki wokół Kudryckiej
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Na jakiej podstawie premier Donald Tusk sądzi, że magisterium Pawła Zyzaka nie spełnia kryteriów pracy naukowej? Poprawmy - że jest takie podejrzenie. Ile było poświadczających to recenzji? Czyżby jedyną podstawę stanowiła krytyczna ocena Piotra Gontarczyka, autora innej książce o Wałęsie, która też się premierowi nie podobała? Ale czy Gontarczyk wypowiadał się na temat magisterium Zyzaka? I czy premier, sam magister historii, zna standardy przyznawania tego najniższego stopnia naukowego?
Tego wszystkiego nie wiemy. Wiemy, że minister nauki Barbara Kudrycka chce kontroli przyznawania stopni naukowych na Uniwersytecie Jagiellońskim . A szef rządu nie widzi w tym żądaniu członka swojego rządu niczego dziwnego ani nagannego. Na miły Bóg! Czy minister zajmujący się pojedynczą pracą magisterską na jednej z uczelni nie powinien mieć poczucia własnej śmieszności? I dalej - czy jeśli ta krytyczna ocena nie dotyczy podejrzenia, że magisterium mogło zostać kupione albo być przedmiotem nadużycia, jeśli dotyczy ona de facto politycznej wymowy tekstu, możemy mówić tylko o śmieszności? Mnie się zdaje, że w tym momencie śmieszność się kończy. A zaczyna? No właśnie - co?
>>> Marcin Król: Autonomia uniwersytetu w niebezpieczeństwie
Usiłuję sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby to Jarosław Kaczyński jako premier zachęcał do sprawdzania, jak powstała czyjakolwiek praca naukowa. W sytuacji gdy ta praca mogła dotknąć ważnej politycznej postaci związanej z jego obozem. Czy nie zostałoby to uznane za akt bezprzykładnej presji świata polityki na świat nauki? Przestrogi przed państwem autorytarnym, jeśli nie faszystowskim, wylewałyby się godzina po godzinie z ekranów telewizorów i radiowych głośników. Za rządów PiS duża część profesury uznała, że autonomia uczelni chroni w praktyce ich wykładowców przed lustracją. Dziś w oczach jakiejś części polskich elit nie chroni dosłownie przed niczym. Okazuje się, że to polski rząd jest od tego, aby troskać się, co napisał jakiś student, a zatwierdził jakiś profesor, bo, jak tłumaczył nam premier, stało się to za nasze pieniądze.
W obronie dobrego imienia Lecha Wałęsy, który to cel skądinąd rozumiem, Platforma Obywatelska przekroczyła już próg własnego ośmieszenia. Teraz zbliża się niebezpiecznie do progu dyskusji o granicach wszechwładnego wtrącającego się we wszystko państwa. Bo w przypadku prac historycznych bardzo trudno wytyczyć granice miedzy badawczą rzetelnością a poglądem, także politycznym. A nawet gdyby taką granicę wytyczyć się dało, to nie jest zadanie dla rządu. No chyba że dla białoruskiego rządu Łukaszenki. Ale do tej pory nie były to wzorce premiera Tuska.

























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!