Gdyby Maciej Płażyński uległ namowom Polski XXI i wystartował w wyborach prezydenckich 2010, czekałby nas nie lada spektakl. Oto cała trójka tenorów, którzy dali kiedyś twarze rodzącej się Platformie Obywatelskiej, spotkałaby się w boju. Patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego, potrafimy opisać różnice między Tuskiem, Płażyńskim i Olechowskim. Trzeba jednak do tego użyć języka politologii. W języku nie osobistych, a społecznych emocji byłby to pojedynek niezbyt czytelny i chyba dla Polaków mało istotny.

Dla Polski XXI, podobnie jak dla Stronnictwa Demokratycznego Pawła Piskorskiego, start w wyborach prezydenckich to droga do przetrwania. Trudno wejść do świata dużych partii, okopanych strukturami i budżetowymi pieniędzmi, poprzez wybory parlamentarne. Można więc próbować przy użyciu popularnej postaci. Kłopot w tym, że Polska XXI, środowisko skądinąd zacnych liberalnych konserwatystów, miała swój „taran” – rzutkiego prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. Jego wizerunek dawał przynajmniej nadzieję. On jednak się wycofał. Czy jego atuty ma Płażyński?

Zacznijmy od tego, że obie kanapowe konkurencje dla PO – SD i Polska XXI – jawią się dziś jako danie dla smakoszy. Są zbyt podobne do Platformy, aby zagroziły jej, wchodząc na pola zajmowane przez PiS czy lewicę. I zbyt mało wyraziste, aby zaczęły odbierać Tuskowi jego wyborców. Jakąś szansą dla nich byłby kataklizm, wielka kompromitacja partii rządzącej, i to nie w oczach wyznawców Kaczyńskich, a tych wszystkich, którzy Platformie zaufali, bo wierzą, że wraz z nią staną się nowocześni, europejscy i trafią do klasy średniej. Na razie liderzy PO zachowują teflonowość, a co ważniejsze konkurencja okazuje się mało groźna.

Mało groźny wydaje się Olechowski, owszem elegancki i mówiący ze swadą o gospodarce, ale zachowujący się tak, jakby robił łaskę Polakom, że do nich zstępuje w wysokości. Z Płażyńskim byłoby niestety jeszcze gorzej. Był dobrym wojewodą gdańskim, sprawnym marszałkiem, jest przyzwoitym człowiekiem. Ale od lat nie sposób zrozumieć jego ruchów. Dlaczego porzucił Platformę? Po co związał się z Kaczyńskimi, ale w taki sposób, żeby się do końca nie związać? O co mu chodzi w polityce? Trudno uznać za przyszłego prezydenta kogoś, kto od dawna przemyka się nieśmiało korytarzami parlamentu, jakby chcąc, aby wszyscy o nim zapomnieli. W dużej mierze zapomnieli. Dlaczego mieliby sobie przypominać?