Zdjęcie obrad sejmowych z szeroko dostępnej i bezpłatnej anteny nie jest ani jakimś błędem w telewizyjnej sztuce, ani wybrykiem dziwacznej ekipy obecnych zarządców państwowej telewizji. Decyzja ta już kilkakrotnie była deliberowana, tyle tylko, że nikt nie odważył się jej uskutecznić ze strachu przed partiami politycznymi. Prezesowi Farfałowi z logicznych powodów zaczęło ostatnio być wszystko jedno, stąd podejmuje kroki, na które nie poważyli się jego poprzednicy. Niezależnie więc od tego, czy posłom uda się zawrócić jeszcze i tym razem bieg rzeki, fakt pozostaje faktem, że sejmowa transmisja jest dziś nikomu niepotrzebnym anachronizmem. No, może poza samymi posłami, którzy zawsze lubili drzemać w hotelu sejmowym, spoglądając od czasu do czasu na ekran, czy aby coś się na sali Sejmu nie zadziało...

Sejm trafił do telewizji w 1989 roku. Pamiętam całkiem osobiście tę chwilę, gdyż wychowany od dziecka w domu bez telewizora musiałem go kupić na prośbę Matki, która zapragnęła oglądać obrady parlamentarne. Nic zresztą dziwnego. Sejm skumulował wówczas w maksymalnym nasileniu dwie funkcje, które musiały przykuwać doń powszechną uwagę. Po pierwsze – rewolucja solidarnościowa od czerwca 1989 odbywała się przede wszystkim w Sejmie. Parlament stał się więc miejscem dziania się historii. Po drugie zaś – to co w Sejmie mieli do powiedzenia Geremek albo Kuroń, nie tylko kształtowało ówczesną rzeczywistość, ale było ciekawe i wielce pouczające. Milionom Polaków, tak jak mojej Matce, mówcy parlamentarni pomagali lepiej zrozumieć otaczającą rzeczywistość. W sławnym dziele o brytyjskiej konstytucji Walter Bagehot uznawał ową „ekspresyjność” i „pedagogikę” parlamentarną za jedno z najbardziej doniosłych historycznych dokonań Izby Gmin.

Sejm dzisiejszy stanowi dokładne odbicie tamtej rzeczywistości a rebours. Jest kopią prawdziwej polityki, która odbywa się w całości poza nim. Kichnięcie Tuska jest faktem o wiele bardziej politycznie doniosłym od najważniejszej debaty parlamentarnej. Jest rzeczą znaną i wielokroć omawianą, że specyficzny styl osobistych rządów premiera plus gwarantowany państwowymi dotacjami system bezwzględnego posłuszeństwa partyjnego ubezwłasnowolniły polityków parlamentarnych. Niemal wszystko, co posłowie czynią w Sejmie, jest udawaniem. Udają, że podejmują decyzje, które od nich nie zależą. Udają, że się nawzajem do czegoś przekonują, wiedząc, że i tak muszą postąpić inaczej. Udają nawet spór, bo w istocie przecież wyzywając się, szydząc z siebie nawzajem i odsądzając jeden drugiego od czci i wiary, odprawiają tylko zadaną liturgię, której jedyną rolą jest pobudzanie naszej pogardy i nienawiści dla konkurencji. Zbiegiem okoliczności pozostała w zasadzie jedna dziedzina, w której decyzje parlamentarne mogą nadal być doniosłe. Ciekawe, że jest nią nie polityka, ale religia. Z racji religijnego napięcia wewnątrz rządzącej PO, Sejm pozostaje w jakimś jeszcze stopniu miejscem kształtowania się decyzji w takich kwestiach, jak in vitro, eutanazja, wartości chrześcijańskie. W zasadzie należałoby ze względu na tę okoliczność zachować w TV rzadkie debaty i głosowania nad kwestiami światopoglądowymi.

Posłowie się więc oburzają na likwidację transmisji sejmowej, ale w ich oburzeniu też nie ma nic autentycznego. Gdy przy tej okazji powołują się górnolotnie na „misję publiczną” telewizji, zachowują się jak typowi lobbyści, którzy mało istotny własny grupowy interes ubierają w szaty dobra narodowego. Nie jest to zaskoczeniem, skuteczny lobbing musi się ustroić w szlachetniejsze od siebie piórka. My, obywatele, potrzebujemy jednak umieć to odróżniać. W sprawie transmisji obrad sejmowych posłowie nie występują jako reprezentanci Narodu. Tak jak prawnicy, stoczniowcy albo biznes – działają jako zawodowa korporacja, która swój grupowy interes widzi w tym, aby przymusić nas do bezproduktywnego przyglądania się ich występom.