Źle się dzieje, gdy armia wysłana za morza walczy bez stosownego sprzętu. Ale źle dzieje się także wtedy, gdy generałowie zaczynają wtrącać się w sprawy państwa. Nic zatem dziwnego, że minister obrony, a także szef sztabu generalnego przywoływali wczoraj do porządku (delikatnie) gen. Waldemara Skrzypczaka. Dowódca wojsk lądowych w wywiadzie dla „Dziennika” ostro skrytykował wcześniej MON za braki w wyposażeniu wojsk w Afganistanie. W demokratycznym państwie, kiedy dowódca uznaje, że warunki, w jakich przyszło mu służyć, są nie do zniesienia, raczej składa dymisję, niż publicznie krytykuje ministerstwo, czyli swoją cywilną władzę zwierzchnią. Gdyby coś podobnego wydarzyło się w podziwianych przez polską armię Stanach Zjednoczonych, dowódca taki stałby się szybko generałem rezerwy.

Jednym z podstawowych kryteriów, jakimi kieruje się NATO podczas przyjmowania nowych członków, jest pełna cywilna kontrola nad armią i apolityczność wojska. Gen. Skrzypczak nie przekroczył wprawdzie cienkiej czerwonej linii wyznaczonej przez Pakt, ale się do niej zbliżył. Od czasu słynnego obiadu drawskiego, gdzie w 1994 roku generalicja zachęcona przez prezydenta Wałęsę skrytykowała ówczesnego ministra obrony, nie było w Polsce takich wydarzeń. Wielu z nas miało nadzieję, że nigdy już nie będzie.

Dowódca sił lądowych skrytykował nadmierne środki ostrożności przy zakupie sprzętu wojskowego. W domyśle – procedury przetargowe i antykorupcyjne. W efekcie – jego zdaniem – do Afganistanu nie dociera potrzebny sprzęt, przez co giną żołnierze. Jeśli nawet ma rację, takie sprawy powinien załatwiać podczas konsultacji z urzędnikami czy ministrem obrony, nie na forum publicznym. Ani armia, ani jej choćby najbardziej zasłużony czynny dowódca nie mogą krytykować cywilnego zwierzchnictwa. To zasada demokracji. Krytyka taka jest zarezerwowana dla generałów w rezerwie. O ile zatem gen. Petelicki ma prawo rzucać gromy na ministra, gen. Skrzypczak – nie. Nie wojsku decydować o procedurach przetargowych ani zakupach sprzętu, choć jego głos doradczy jest wskazany. To polityka, a więc sfera dla wojska zakazana. Nie armia rozlicza ministra obrony, ale szef rządu pochodzącego z demokratycznych wyborów. Nie wolno zmieniać tej zasady.

Inna sprawa, że to nie armia posłała do Afganistanu swoich żołnierzy, ale politycy, i oni odpowiadają za ich bezpieczeństwo. Każdy zabity i okaleczony żołnierz jest tragedią. Jeśli można jej uniknąć, trzeba zrobić wszystko, co tylko możliwe. Najlepiej byłoby nie walczyć w ogóle, co na razie nie wchodzi w rachubę. Nieprawda, że więcej nowoczesnego sprzętu ochroni naszych chłopców przed śmiercią i kalectwem. Na braki – transport helikopterowy, niedokładna broń strzelecka – narzeka też znacznie bogatsza od naszej armia brytyjska. US Army ma kłopoty z rozpoznaniem celów, jej także zdarza się „nie zauważyć” talibskich oddziałów liczących dziesiątki bojowników.

Na wojnie ludzie giną, nic nie odwróci tej prawidłowości, a Polski nie stać na to, by utrzymywać pod Hindukuszem najnowocześniejszą armię świata. Nie nasz budżet, nie nasza skala możliwości. Walczymy, czym mamy, a to dobry sprzęt. Nie wierzę, by w MON istniał ktokolwiek, komu los polskich żołnierzy w Afganistanie byłby obojętny. Ktokolwiek, kto chce ich śmierci.