Wojska NATO przejęły od Amerykanów odpowiedzialność za cały Afganistan, by pomóc mu zbudować normalne państwo ze sprawną administracją, armią, policją. Dlatego właśnie stacjonują tam obce wojska. Dzisiejsze wybory, które mogłyby być zakończeniem tego procesu, niczego nie zmienią. Żaden z celów interwencji nie został osiągnięty. I jeszcze długo – o ile kiedykolwiek – nie zostanie. Trwająca osiem lat wojna zmienia się w bagno.

Trudno byłoby dziś udowodnić tezę, że NATO walczy w Afganistanie z terroryzmem. Stoimy tam w obliczu rebelii zataczającej coraz szersze kręgi. Większość dzisiejszych talibów to nowi rekruci, a nie bojownicy mułły Omara rządzącego krajem do 2001 roku. Chwytają za broń z powodu obecności cudzoziemskich wojsk. Wpadliśmy w spiralę przemocy. NATO, powołując się na rosnące zagrożenie, żąda od krajów członkowskich nowych kontyngentów na wojnę, a im więcej ich przybywa, tym opór nie maleje, lecz narasta. Rozwiązanie problemu samo stało się problemem.

Mało tego, szeregi zbrojnej opozycji zasila ostatnio coraz więcej byłych mudżahedinów walczących przed laty ze Związkiem Sowieckim. Tak są zdegustowani obecnymi porządkami. Afgański rząd jest słaby, przeżarty korupcją i nieefektywny, mieszkańcy terenów wiejskich zwracają się więc o ochronę i rozsądzanie sporów do talibów, a nie administracji czy policji. To już nie odosobnione przypadki, ale powszechna praktyka. Do niedawna rebelia ograniczała się do Pasztunów, teraz jest inaczej. W prowincji Kunduz dominują w jej szeregach afgańscy Uzbecy i Turkmeni. Tylko Tadżycy oraz Hazarowie wciąż odrzucają talibskie porządki i pewnie tak pozostanie do końca.

Po śmierci kapitana Ambrozińskiego dużo mówiono w Polsce o dozbrojeniu naszych oddziałów, generałowie i politycy przerzucali się oskarżeniami. A może warto by zadać pytanie o kształt i sens tej misji? Może rację ma prof. Kuźniar, gdy głosi, że bez zmiany jej charakteru debata o uzbrojeniu pozostanie pustosłowiem. Albo wszyscy członkowie NATO potraktują poważnie afgańskie wyzwanie i Pakt zacznie prowadzić tam wojnę z prawdziwego zdarzenia, albo czas przygotowywać stopniowy odwrót. Inaczej interwencja zakończy się klęską. Dlaczego Polacy, Amerykanie, Brytyjczycy, Holendrzy, Kanadyjczycy walczą, są na wojnie, a Niemcy, Hiszpanie, Włosi i wiele innych nacji uważa to za misję stabilizacyjną i ani myśli brać na siebie ciężaru walk? Takie poplątanie z pomieszaniem drogo kosztuje.

Jakie Polska ma interesy w Afganistanie, by przelewać krew naszych żołnierzy, podczas gdy inni zadowalają się siedzeniem w bazach? Jakie interesy ma Kanada czy Holandia? Co my właściwie chcemy osiągnąć? Stabilizację Afganistanu? Im więcej sił tam przerzucamy, tym bardziej destabilizacja narasta. To błędne koło. Zacznijmy zadawać pytania podstawowe, a nie wtórne. Nie to jest problemem, jaki sprzęt mają nasi żołnierze, ale po co w ogóle walczą, jakie cele mają osiągnąć, w jakim czasie, jakim kosztem. Nie ma co oglądać się na Amerykanów, jesteśmy równoprawnym członkiem NATO i sami możemy definiować problemy i proponować ich rozwiązanie. To nie interwencja amerykańska, ale natowska. Nasza wspólna. Jej klęska nie będzie winą Ameryki, ale nas wszystkich. W tym Polski.