„Rzeczpospolita” jako pierwsza pokazała powakacyjne sympatie partyjne Polaków. W dniu powrotu posłów na Wiejską okazało się, że PO straciła aż 7 proc. poparcia i tyleż mniej więcej zyskał PiS. Dla pozostałych partii – wszystko mniej więcej jak było. Komentatorzy zachodzą w głowę, dlaczegóż tak się stało? Wyjaśnienia są mniej lub bardziej pomysłowe: od dostrzeżenia przez ogół znacznego wzrostu cen – dzięki wakacjom – poczynając, poprzez śmierć polskiego żołnierza, które to smutne zdarzenie zostało zinterpretowane jako skutek niedostatecznego wyposażenia, i zaskakujące, a rząd kompromitujące załamanie się rzekomo pewnej sprzedaży stoczni.

Zapewne wszystkie te wydarzenia mogły wpłynąć na bardziej negatywną niż dotąd ocenę PO, ale przecież to raczej ucierpieć powinna ocena rządu. Wszak od dawna mamy dziwną rozbieżność między ocenami pracy premiera i rządu a wynikami przedwyborczych deklaracji Polaków. O ile – jak wynika z pomiarów GfK – jeszcze w lipcu mieliśmy wielką przewagę poparcia dla Platformy w porównaniu z PiS, to wtedy oceny rządu wypadały bez porównania gorzej, co można zawsze sprawdzić poprzez regularne raporty z badań CBOS. Można byłoby więc powiedzieć, że oto wynik oceniania partii i rządu zaczął się do siebie bardziej zbliżać. Ale dlaczego właśnie na koniec wakacji? I dlaczego strata poparcia PO oznacza – niemal automatyczny – skok poparcia dla PiS?

Pomysłowa interpretacja kolegi Jabłońskiego, że wszystko to skutek braku zabiegów propagandowych, przekonuje tylko częściowo, bo przecież PiS robiło nawet jeszcze mniej wizerunkowych zabiegów w letnich miesiącach niż PO i jej rząd. Bez dokładniejszej analizy danych z sondażu – trudno spekulować nad przyczynami takiego skoku ocen. Sądzić także można, że mogą być one całkiem przypadkowe. Dlatego osobiście uważam, że należy poczekać – a długo czekać na pewno nie będziemy! – na następne sondaże, dokonane przez inne firmy. Jeśli podobny i niekorzystny dla PO wynik się powtórzy, wtedy będzie o czym myśleć!

Zasadnie można oczekiwać, że wskazana rozbieżność między poparciem dla partii rządzącej a aktualną oceną jej rządu – będzie maleć, a to oznacza spadek wyborczego poparcia dla Platformy. Poparcie dla niej – nawet spadające – jest przecież niezwykle wysokie i nigdy wcześniej nic takiego nie miało miejsca, aby rządząca partia na półmetku kadencji miała cały czas poparcie połowy wyborców! Także zbytnio mechaniczne jest myślenie, że strata poparcia PO prowadzić będzie do automatycznego niemal poparcia dla PiS.

Dwubiegunowość aktualnej sceny politycznej nie jest – jak sądzę – dostatecznie równoważna: kredyt sympatii, jaki ma pomimo wszystko i PO, i sam premier wciąż będzie działał modyfikująco na poparcie PiS i zdecydowania nielubianych przywódców tej partii. Pamięć o rządach PiS w egzotycznej koalicji z LPR i Samoobroną jest na tyle aktywna, że daje PO przewagę. I tak będzie, dopóty przynajmniej, dopóki pamięć ta nie zniknie z horyzontu wyborców i dopóki Platforma nie skompromituje się w jakiś dramatyczny sposób. „Trzeciego”, który mógłby skorzystać na obecnej sytuacji jakoś nie widać: najwyraźniej inicjatywa Pawła Piskorskiego, aby rozbić ten szczególny „duet” PO i PiS – spaliła chyba na panewce. Jak widać, oparcie się na Olechowskim i innych emerytach naszej polityki – okazało się inicjatywą mało pociągającą...