Przyjmując go z mieszanymi uczuciami - niczym człowiek obserwujący teściową spadającą w jego własnym nowym samochodzie do przepaści. Bo projekt miał osłabić znienawidzony IPN (dla redaktorów "Wyborczej" wspaniale!). Ale też otworzyć archiwa, umieszczając zawartość teczek osób publicznych w internecie, a innych w czytelni Instytutu (a to z punktu widzenia wizji Polaka jako istoty niedojrzałej do własnego zdania ryzykowne!).

Tyle że gotowego projektu wbrew tekstom "Wyborczej" nie ma. Pokazano nam fragmencik przymiarek. Pomysłów, dylematów, wariantów. Platforma obiecała Polakom otwarcie tych archiwów i można się dziwić, że zdąża do spełnienia obietnic tak wolno. Ale skoro już tak, może lepiej przed podjęciem decyzji wezwać ją do starannego namysłu.

Czy po 20 latach od upadku komunizmu nadszedł czas, aby skończyć z sądowym piętnowaniem lustracyjnych kłamców? Może wrzucenie tych papierów do internetu i do czytelni to realizacja zasady: kto jest tym zainteresowany, niech szuka. W teorii byłaby to zasada adresowana do wszystkich. W praktyce przede wszystkim do dziennikarzy i naukowców. To byłby gest na rzecz przywoływanej już dojrzałości społeczeństwa, które powinno móc sobie samo wyrobić zdanie. Zwłaszcza że sądy lustracyjne i tak przypominały dziurawe sita, przez które przeciskało się mnóstwo dwuznacznych historii. Porządna debata mogła być dla dawnego donosiciela poważniejszą konsekwencją niż popisy prawniczej obłudy.

Przyklaskując intencji PO: otwórzmy archiwa szerzej, mam jednak wątpliwości. Ile trzeba czasu, aby zeskanować te wszystkie karteluszki na potrzeby internetu? I zaczernić tzw. dane wrażliwe? Miesiące? Lata? A jaki jest stosunek Trybunału Konstytucyjnego do pomysłu, aby udostępnić wszystko? Jego prezes Jerzy Stępień zdążył go już oprotestować. Czy nie zdarzy się tak, że odetniemy IPN-owi lustracyjne ramię, ale w zamian nie powstanie nic. Byłaby to dla oponentów lustracji dobra wiadomość. Może dlatego "Wyborcza" przyjęła ten kierunek prac platformerskich ekspertów jako mniejsze zło. Lustracja zadławiłaby się w takim przypadku własną śliną.

Warto przypomnieć posłom PO dawną maksymę Donalda Tuska: radykalizm bywa często wrogiem przełomu. I tu wracamy do pytania elementarnego - po co narodom, które wyszły z komunizmu, lustracja. Moim zdaniem po to, aby zagwarantować obywatelom może ułomne, ale realne prawo do informacji o przeszłości publicznych postaci. Prawo w społeczeństwie otwartym całkiem naturalne. Jeśli parlamentarzyści PO nadal są do tej wartości przywiązani, powinni wziąć tę myśl swego lidera pod uwagę.

Cieszyć się za to wypada, że liderzy Platformy zaprzeczają, jakoby chcieli usuwać przed czasem prezesa IPN Janusza Kurtykę. Ma on prawo do uczciwej oceny własnego dorobku po upływie kadencji. Jej skracanie oznaczałoby naginanie normalnych procedur do doraźnego politycznego zamówienia.

Zwłaszcza że jeśli odrzucić skrajny pomysł zabetonowania czy zniszczenia tych archiwaliów (cennych historycznych źródeł), każdy ich dysponent będzie uwikłany w potężną odpowiedzialność. Nawet gdy dostaniemy prawo nieograniczonego wglądu do nich, ktoś będzie je dla nas wybierał z wypełnionych tysiącami teczek półek albo decydował, co należy zeskanować, a co zaczernić. To wielki ciężar i źródło pokus. Niemniej zabijanie posłańca złych nowin wydaje mi się prymitywna receptą.