W tytule chodzi oczywiście o Michała Boniego, a żeby odpowiedzieć na to pytanie, spróbujmy przez chwilę zdezerterować z frontu dzisiejszej wojny o lustrację, wojny na wyczerpanie, która zdegenerowała zarówno przeciwników lustracji, jak i lustratorów. Przeciwników lustracji zdegenerowała do tego stopnia, że dzisiaj generał Kiszczak i jego podwładni są dla nich wiarygodnymi ekspertami. A lustratorów tak dalece, że urządzają sobie ponure zabawy w rodzaju "Kalendarza z agentem" w "Gazecie Polskiej". I nie wystarczy im ujawnienie przeszłości - co w wielu wypadkach samo jest karą - ale potrzebują jeszcze pręgierza, który zbijają z paru deseczek i wystawiają na własnym podwórku.

Jeśli jednak z okopów tej dzisiejszej wojny cofniemy się do połowy lat 90., usłyszymy bardzo sensowne argumenty za lustracją. Argumenty, które ostatecznie sprawiły, że pierwszą - i jak do tej pory jedyną w miarę kompletną ustawę lustracyjną, zakładającą także powołanie Instytutu Pamięci Narodowej - uchwalił wspólnie prawie cały postsolidarnościowy obóz. Od AWS po większość UW, nawet PSL-owcy przy tym pracowali. Tylko postkomuniści, Adam Michnik i spora część jego dziennikarzy pozostali wówczas nieprzejednani.

Otóż w latach 90. chcieliśmy lustracji nie po to aby stawiać pręgierze, nie po to, aby każdy koleś z nadmiarem śliny w ustach mógł się do woli wyżyć na ludziach o znanych nazwiskach, którzy często zostali złamani właśnie dlatego, że próbowali się opierać. Chcieliśmy lustracji po to, by osłonić państwo. Aby wiedza mogąca kompromitować osoby publiczne, państwem rządzące, została ujawniona. I abyśmy mogli osądzić nie ludzi łamanych przez SB, ale SB i PRL, Kiszczaka i Jaruzelskiego. Abyśmy się mogli dowiedzieć, że nie byli oni ani polskimi patriotami, ani ludźmi honoru.

Bycie TW, zastraszenie i złamanie kogoś przez esbecję na jakimś etapie jego życia w PRL, nie miało go eliminować z życia RP. Ale wiedza o tym - jeśli były TW chciał kontynuować karierę publiczną w RP - miała być dostępna, przynajmniej w archiwach IPN, instytucji działającej w granicach prawa. Tak rozumiana lustracja wymagała jeszcze spełnienia jednego warunku, może najtrudniejszego, prawie niemożliwego do spełnienia - nie robienia sobie z lustracji ubawu, nie czynienia z niej narzędzia drobnych osobistych i środowiskowych porachunków.

Michnik i jego dziennikarze uwiarygadniali Kiszczaka i jego podwładnych, występowali przeciwko próbom odebrania esbekom przywilejów czy prawa do pracy w aparacie bezpieczeństwa niepodległego, demokratycznego państwa. Kiedy więc dzisiaj słucham publicystów "Gazety Wyborczej", jak mówią i piszą, że przecież lustracja bez rozliczenia esbeków jest niesprawiedliwa, to wiem, iż są to krokodyle łzy, widzę hipokryzję bijącą pod niebo. I nie przesłoni tej prawdy nawet sto procesów wytoczonych przez Adama Michnika jego kolegom dziennikarzom. Ale także dzisiejsi lustracyjni radykałowie nie wywiązują się z umowy społecznej, dzięki której lustracja mogłaby być możliwa, a jej cena zminimalizowana. Nie ograniczają się w swoich lustracyjnych rozrywkach. Także teraz wyruszyli w internecie i mediach do odsądzania od czci i wiary Tuska, bo ośmielił się mianować Boniego ministrem, i Boniego- bo ma czelność tę funkcję przyjąć.

Tymczasem Boni przyznał się już do bycia TW, jego teczka jest w Instytucie Pamięci Narodowej. Wiedza o jego przeszłości - zarówno o złamaniu go przez SB, jak i o jego realnym oporze - jest dostępna. Donald Tusk powołując go na ministra bierze za swoją decyzję pełną polityczną odpowiedzialność, zarówno wobec swoich wyborców, jak też przeciwników. Ja osobiście uważam, że słusznie ją bierze, bo Boni jest jednym z najbardziej kompetentnych i pracowitych ministrów tego rządu. Nie bojącym się wchodzić w konflikt, otwierać nowych frontów politycznego sporu, jeśli wymaga tego efektywne rządzenie państwem. A nie o każdym polityku Platormy można to samo powiedzieć.

Jeśli lustratorzy będą teraz mnożyć ataki na Boniego i Tuska, obrzucać ich swoimi codziennymi wyzwiskami ("agent", "esbek", "zdrajca" itp), to znaczy, że nie chcą lustracji jako prawa ujawniającego wiedzę o przeszłości, a w ten sposób chroniącego państwo i naszą pamięć o PRL-u. Ale chcą lustracji jako sądu ostatecznego, takiego z tryptyku Memlinga, na którym oni będą robić za Boga Ojca, Jezusa Chrystusa i za archaniołów. A moim zdaniem, wcale się do tego nie nadają.

Pamiętajmy także, iż zachowanie niektórych lustracyjnych radykałów, np. tych, którzy wysunęli ostatnio postulat odebrania ludziom złamanym kiedyś przez SB przywilejów emerytalnych, jest zwyczajną prowokacją. Która ma uniemożliwić otwarcie teczek osób publicznych. Właśnie teraz, kiedy może się na to zgodzić zarówno PO, jak też PiS i cała sprawa ma szansę zostać po dwudziestu latach doprowadzona do końca.