Padły mocne słowa i zasadnicze pytania. Balcerowicz nie pozostawił suchej nitki na opiniach, zwłaszcza ze strony rządu, poprzedzających ogłoszenie przez Donalda Tuska ostatecznego kształtu zmian. Dużą część z nich określił jako „kampanię demagogii”. I podawał przykłady: ci, którzy bronili OFE, byli określani jako działający na pasku otwartych funduszy. Porównywano rzeczy nieporównywalne, np. poziom wydatków publicznych w rozmaitych państwach, nie biorąc pod uwagę stopnia ich rozwoju. Wmawiano opinii publicznej, że nie ma żadnego innego pola manewru – ekonomicznego i politycznego – jak tylko destrukcja OFE. A do każdego alternatywnego rozwiązania przyszywano łatkę terapii szokowej. Zdaniem Balcerowicza zmiany w systemie emerytalnym przyniosą w tym roku korzyści rzędu 8 – 10 mld zł. „To żaden problem zaoszczędzić takie pieniądze, tworząc projekt budżetu”. I pytał, dlaczego budżet jeszcze niedawno się dopinał, a teraz okazało się, że trzeba zabrać pieniądze OFE? Jakimi materiałami merytorycznymi posługiwała się Rada Ministrów, akceptując zmiany? Gdzie są przygotowania operacyjne do wprowadzenia zmian?

Te pytania i zapewne też inne zostaną nagłośnione w przyszłym tygodniu. Wątpliwości co do kształtu zmian ma wielu ekonomistów, nie tylko Balcerowicz. Ale być może już na dniach okaże się, w którym miejscu jesteśmy. Czy rząd będzie brał pod uwagę jakąkolwiek debatę? Czy jest już pozamiatane, a cała dyskusja według rządu zdążyła się zamknąć przed Nowym Rokiem? I wreszcie – czy rząd będzie w stanie zaakceptować któreś z argumentów ekonomistów i przyznać, że projekt zmian nie jest całkiem doskonały?