Zyski z państwowych firm nie należą do związkowców

Aż 69,7 proc. pracowników uważa, że najważniejszym warunkiem decydującym o podwyżkach wynagrodzeń powinny być wyniki finansowe firmy. Jeszcze bardziej prorynkowi wydają się związkowcy – taką opinię podziela 72,7 proc. ankietowanych. Niewiele różnią się w tym od pracodawców – 79,4 proc. O wiele większa różnica poglądów daje się zauważyć w kwestii wzrostu kosztów utrzymania. 61,7 proc. związkowców, 41 proc. pracowników i tylko 21,9 proc. pracodawców (można było udzielić kilku odpowiedzi) wzrost kosztów utrzymania uznaje za argument przemawiający za podwyżkami pensji. Badania przeprowadził dr Jacek Męcina z Instytutu Polityki Społecznej. Płynie z nich konkluzja, że wiele się nauczyliśmy przez minione lata. Wiemy, że nie sposób nalać z próżnego i że aby firma mogła dać, musi najpierw zarobić. Pracownicy, nawet wtedy, gdy ich sytuacja materialna się pogarsza, są o wiele mniej roszczeniowi niż kiedyś. Wyciągają wnioski z lekcji ekonomii, które dostają od życia każdego dnia.

Ale jest też inna, gorzka strona tego medalu. Wolniej od nas, pracowników, uczy się państwo. Przez 20 lat budowania gospodarki rynkowej kolejne rządy nie urządziły kraju tak, aby wszyscy pracujący byli traktowani zgodnie z tymi samymi zasadami. Zarówno ci zatrudnieni w firmach prywatnych, jak i ci „na państwowym”. Dziś jest nawet gorzej, niż było przed laty, oba sektory funkcjonują w dwóch różnych rzeczywistościach gospodarczych. Największe poczucie, że jest to głęboko niesprawiedliwe, mają prawo mieć robotnicy zatrudnieni w firmach prywatnych.

Od zawsze zarabiali mniej niż ci z przedsiębiorstw państwowych. Świadczą o tym dane z GUS. Komentarze, że prywatni właściciele firm wolą im dopłacać pod stołem, nie zawsze są uzasadnione. Może w małych firemkach usługowych, częściowo funkcjonujących w szarej strefie, jest tak rzeczywiście. Jednak z pewnością nie w fabrykach międzynarodowych koncernów, które montują w naszym kraju auta, lodówki, zmywarki i inny sprzęt gospodarstwa domowego dla całej Europy. Tutaj żadne pieniądze nie wpływają na lewo, nie mogą być więc też pod stołem wypłacane. Niskie, nierzadko niewiele przewyższające płacę minimalną, zarobki też niekoniecznie wynikają z pazerności właścicieli, choć zainwestowali oni w fabryki w Polsce z pewnością po to, aby na nich zarabiać. Robotnicy w tych fabrykach najboleśniej odczuwają skutki globalizacji. Ich produkty konkurować muszą z tymi, które powstają na Dalekim Wschodzie. Także ceną. A tam ludzie ciągle pracują za miskę ryżu. Nędzna płaca Chińczyków ma wpływ na to, ile zarabiają robotnicy w Polsce.

Na tym tle sektor państwowy jawi się jak Eldorado. W kopalniach średnie płace przekraczają 5, w energetyce nierzadko 6, a w KGHM dochodzą do 9 tys. zł. Nie wszyscy tam pracują pod ziemią, nie wszyscy wykonują prace niebezpieczne dla zdrowia i życia, za które zapłata musi być wyższa. Są liczne rodzaje zajęć, podobne do tych wykonywanych w fabrykach AGD, za które na państwowym płaci się o wiele lepiej. To premia za to, że ten fragment gospodarki jest ciągle chroniony przed konkurencją. Mimo że coraz więcej węgla importujemy, a dostawcy energii przestali być terytorialnymi monopolistami i możemy ich zmienić. Niestety, tylko teoretycznie, bo deficyt energii staje się coraz bardziej dotkliwy, więc ceny rosną. Państwo robi niewiele, by do tych sektorów wpuścić nieco więcej rynku. Boi się silnych związków, które nieprzypadkowo okopały się właśnie tam.

Kiedy więc związkowcy górnicy czy energetycy odpowiadają w badaniach, że najważniejszym warunkiem uzyskania podwyżek powinny być wyniki finansowe firmy, to jest w tym dużo cynizmu. Bo zyski z wydobycia „państwowego” węgla czy miedzi powinny należeć do wszystkich, a nie wyłącznie do załogi. Z tego, że formalnym właścicielem tego, co pod ziemią, jest państwo – robotnicy z licznych w Polsce fabryk AGD nic nie mają.

Uwaga, związki z polityką są bardzo niebezpieczne

„Polityka wasza, bieda nasza” – pod tym hasłem demonstrowali wczoraj w 16 miastach związkowcy z „S”, niekiedy przy wsparciu OPZZ. Trudno o większą hipokryzję w sytuacji, gdy dwa największe związki w Polsce bez zażenowania wspierają partie polityczne i z ich list startują do Sejmu. Dlatego prawidłowe hasło powinno brzmieć: „Polityka nasza, bieda wasza”. Spełnienie postulatów związkowych przyniosłoby bowiem szkody gospodarce i obywatelom.

Postulaty demonstrujących trudno byłoby spełnić nawet „ich rządowi”. Jednym z nich to wzrost płacy minimalnej do połowy średniej krajowej. Przewodniczący „S” Piotr Duda argumentował, że taki wzrost jest możliwy, gdy gospodarka rośnie powyżej 3 proc. PKB rocznie. Jego zdaniem „to żadne rozdawnictwo”.

Niestety jest, i to na koszt pracodawców. I szkodzi pracownikom. Wprowadzenie 1700 zł płacy minimalnej oznaczałoby jej wzrost aż o 416 zł, co podniosłoby koszty zatrudniania i wiązałoby się ze zwolnieniami. A chyba nie o to powinno chodzić związkowcom.

Kolejnym postulatem jest obniżenie akcyzy na paliwa. Rząd mógłby ją obniżyć, ale skorzystaliby na tym tylko pośrednicy. Ci podnieśliby marże, tak jak zrobili w 2005 roku, gdy obniżono akcyzę o 25 groszy, a ceny na stacjach spadły może o kilka groszy. Poza tym rząd nie może tego zrobić (choć pewnie by chciał, zważywszy na zbliżające się wybory), mając procedurę nadmiernego deficytu wszczętą przez Komisję Europejską.

W Warszawie podczas demonstracji krzyczano: „Dość bandyckiej nieludzkiej prywatyzacji”. Zważywszy na przekazywanie 15 proc. akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw załogom, a w przypadku JSW jeszcze większej części, bandycko brzmią raczej postulaty związkowców. Te akcje to ogromne pieniądze, nawet kilkaset tysięcy złotych na głowę. Związki nie tylko chcą decydować o wysokości podatków, ale i o tym, co państwo może sprywatyzować. Teraz widać to szczególnie na przykładzie JSW, gdzie blokują sprzedaż udziałów firmy.

Jednak najważniejszy postulat związków zawodowych to wzrost płac. I to solidny. Wczorajsze demonstracje są tylko elementem większej fali protestów, która dotknęła głównie spółki z udziałem Skarbu Państwa. Standardowy postulat to 10 proc. podwyżki, a nierzadko i 10-letnich gwarancji zatrudnienia. Kilka dni temu demonstrowali w Warszawie związkowcy z Orlenu, a ci z Tauronu postawili ultimatum – 10 proc. i decyzja do 10 czerwca.

Szanowni związkowcy, chcielibyśmy wszyscy wierzyć wam, że chodzi o dobro pracowników, a nie o politykę. Niestety, niemal bez przerwy w ciągu ostatnich 20 lat wasi przedstawiciele uczestniczyli w rządzeniu, a teraz wchodzą na listy partii politycznych. Były lider „S” Janusz Śniadek zapowiedział niedawno, że będzie kandydował z list PiS w okręgu gdyńsko-słupskim. W jego ślady bez wątpienia pójdą kolejni. Podobnie zachowuje się OPZZ. W ostatnich wyborach prezydenckich przewodniczący tej organizacji Jan Guz bez ogródek zachęcał do głosowania na Grzegorza Napieralskiego, szefa SLD. Na zjazdach „S” zawsze pojawiają się działacze PiS, a na zgromadzeniach SLD – zaprzyjaźniony OPZZ. Wszystko w atmosferze przyjaźni i wzajemnego zrozumienia.

Może ktoś powiedzieć, że uzwiązkowienie polityki jest teraz mniejsze. W latach 90. OPZZ miał 42 swoich posłów i 4 senatorów, zaś w rządzie AWS „S” miała 60 posłów i 6 senatorów. Teraz jest ich w parlamencie mniej. Dalej jednak wpływ związkowców na politykę jest ogromny. A chyba mają inne zadania statutowe. Zresztą gdy związki biorą się do polityki, nic dobrego z tego nie ma. W 1993 roku „S” obaliła rząd Suchockiej, a później zostawiła na lodzie AWS.

W tej sytuacji nietrudno pomyśleć, że teraz związkom chodzi o pokazanie przed wyborami, jak antypracowniczy jest obecny rząd, jak wielki opór budzi w społeczeństwie. A więc o pomoc swoim. Ale takie gry mają swoją cenę. Jeśli np. „S” miała w końcu lat 90. ponad milion członków, teraz ma prawie dwa razy mniej. Ludzie lubią politykę, ale co za dużo to niezdrowo.