"Zapowiedziany przez prezydenta termin wyborów parlamentarnych nie będzie miał przełożenia na wyniki głosowania. Sądzę, że jest to termin neutralny.

Jeżeliby doszukiwać się czegoś korzystnego dla któregoś z ugrupowań, to pewnie dla PO. Z jednego punktu widzenia wybory szybsze niż późniejsze byłyby korzystniejsze. Sytuacja w gospodarce europejskiej jest jedną wielką niewiadomą, każdy kolejny tydzień zwiększa ryzyko jakichś niekontrolowanych zjawisk, a turbulencje gospodarcze siłą rzeczy uderzają zawsze w rządzących, co doskonale widać na południu Europy.

Krótszy czas trwania faktycznej kampanii wyborczej może być trochę korzystniejszy dla PO także ze względu na pewną przewagę, którą partia ta dysponuje na starcie. Chodzi o sympatię wielu mediów, ale też ograniczenia związane ze spotami wyborczymi i billboardami czy ograniczenie subwencji dla partii; to wszystko tworzy obraz korzystny dla PO.

Najciekawsza w zachowaniu prezydenta jest natomiast zapowiedź ogłoszenia wyborów jednodniowych. Decyzja wydaje się być roztropną, wyważającą różne racje. Argumenty przeciwników dwudniowych wyborów są dosyć poważne - od wątpliwości natury konstytucyjnej poprzez analizę struktury wyborców. Mogłoby z niej wynikać, że PO przy dwudniowych wyborach miałaby większe szanse przyciągnąć do urn osoby mniej zaangażowane politycznie, a takie osoby zdecydowały o jej sukcesie w 2007 r.

Prezydent rzeczywiście odegrał rolę arbitra, pokazując w taki bardzo wyraźny sposób, że rola prezydenta w polskim systemie nie ogranicza się tylko do realizacji woli partii, z której się on wywodzi. W tym sensie, jest to decyzja, która na pewno przyniesie korzyści prezydentowi jeżeli chodzi o jego odbiór przez opinię publiczną. Wzmocni też prawdopodobnie jego autorytet wśród polityków PSL i SLD.