Otóż profesor z Uniwersytetu Harvardzkiego Willie Soon otrzymał większość pieniędzy na badania klimatyczne z branżowego instytutu badawczego przemysłu naftowego. Dostał pieniądze na badania, czyli chodzi na pasku dającego. Zdumiewa marksistowski prymitywizm tych, którzy uważają, iż jeśli ktoś płaci, to wyniki badań muszą służyć finansującym.

Jest to zresztą taki sam prymitywizm, jaki wykazywali pisowcy w osławionej komisji bankowej, którzy również udowadniali, że skoro prof. Balcerowicz jest w radzie naukowej fundacji, której część badań finansowały banki, to on chodzi na pasku banków. Tylko wtedy „GW” broniła Balcerowicza. Dlaczego? Przypuszczam, że kwestie dotyczące sektora bankowego nie były wówczas objęte kanonem politycznej poprawności.

Tak naprawdę to ów profesor, sceptyk wobec ociepleniowego wariatkowa, otrzymał w ciągu niespełna 10 lat milion dolarów na badania. Tymczasem opanowana przez klimatycznych panikarzy IPCC (organizacja założona przy ONZ w celu oceny wpływu człowieka na zmiany klimatyczne – red.) ma wielomiliardowy budżet, którego wielką część stanowią właśnie wydatki na badania. A w USA tylko w roku finansowym 2009/2010 na subsydia dla odnawialnej energii i w mniejszej, ale pokaźnej, części na badania klimatyczne przeznaczono 52,8 mld dolarów. W jakiej proporcji pozostaje więc finansowanie opanowanych przez panikarzy publicznych ośrodków badawczych i finansowanie badaczy, których wyniki prac nie potwierdzają tezy o wpływie człowieka na globalne ocieplenie czy wręcz na trwałość zjawiska globalnego ocieplenia (astrofizycy przestrzegają nas przed kolejnym małym zlodowaceniem, jak w okresie od XV do XVIII w.!)?

Można stwierdzić, że jeśli okaże się, że ci ostatni mają rację (a prawdopodobieństwo takiego wyniku uważam za bardzo wysokie), to na pewno też nie dzięki klimatowi sprzyjającemu normalnej dyskusji naukowej. W samym środowisku klimatologów, których większość jest przekonana o słuszności tezy o globalnym ociepleniu, trwa walka na noże, aby nie dopuścić do rozpowszechniania innych niż „jedynie słuszne” poglądów.

Tymczasem w innych dziedzinach nauki: w astrofizyce, chemii, geologii, archeologii, poglądy są na ogół odmienne. I zawsze były. Warto przypomnieć Apel Heidelberski przed pierwszą konferencją, która zapoczątkowała ociepleniowe szaleństwa w 1992 r. Około 4000 naukowców, w tym kilkudziesięciu noblistów różnych specjalności, apelowało o umiar i rozsądek w działaniach, które nie powinny się opierać na ekologicznej „irracjonalnej ideologii” wojującej z postępem gospodarczym i naukowo-technicznym: „Do władz odpowiedzialnych za przyszłość naszej planety kierujemy ostrzeżenie przed decyzjami, za którymi stoją pseudonaukowe argumenty albo fałszywe lub nieistotne informacje”. Miarą tendencyjności i zwykłego hucpiarstwa organizatorów spędu w Rio de Janeiro jest to, że zastrzeżenia tak poważnego opiniotwórczego grona nie tylko nie były dyskutowane, ale Apel Heidelberski nie został nawet odczytany jego uczestnikom.

Za to sekretarz generalny owego spędu, Maurice Strong, zapowiedział kierunek działania: „Człowiek jest gatunkiem wyrwanym spod kontroli. Czyż jedyną nadzieją naszej planety nie jest załamanie cywilizacji przemysłowej? Czy nie jest naszym obowiązkiem spowodowanie takiego załamania?”. Trzeba powiedzieć, że starają się usilnie – także w świecie nauki.