Postrzeganie najzamożniejszych jest w Polsce znacznie gorsze niż w innych krajach Unii. Stąd pokusy polityków, by coś ugrać na ludzkiej niechęci. Już widać, że pomstowanie na „oligarchów” może być znów jednym z popularnych motywów kampanii wyborczej PiS.

Jak mawiał Konfucjusz: „W państwie rządzonym dobrze wstyd być biednym. W państwie rządzonym źle wstyd być bogatym”. PiS uważa, że w Polsce zachodzi ta druga ewentualność. Prezes partii Jarosław Kaczyński mówił niedawno: „Bo to nie jest tak, żeby na szczytach list najbogatszych stali ludzie o talentach Gatesa czy Buffetta – geniusza gry na giełdzie – to są ludzie, którzy takich kwalifikacji nie mają i Bóg jeden wie, skąd się wzięły te ich wielkie majątki”.

Również rzecznik PiS Adam Hofman głośno ubolewa, że bogaci to ludzie, którzy nie wymyślili iPada, nie stworzyli produktów na miarę Nokii. Dorobili się na transformacji, a nie na swoim geniuszu.

PiS regularnie wraca do tematu oligarchów już od 2005 roku, kiedy w jednym ze spotów wyborczych pojawiła się twarz Jana Kulczyka. Potem było słynne „Mordo ty moja”, inspirowane słowami gangstera Siary z filmu „Kiler”.

Ziarno trafia na podatny grunt. Postrzeganie najzamożniejszych obywateli w Polsce co prawda poprawia się, ale jest wciąż złe. Dopiero w 2007 roku większa liczba ankietowanych przez CBOS Polaków (44 proc.) uznała, że ludzie bogaci cieszą się w społeczeństwie szacunkiem i poważaniem, niż że tak nie jest (38 proc.). Na początku lat 90. bogatych poważała mniej niż jedna trzecia ankietowanych.

Dlaczego jest tak źle? Przy okazji publikacji listy najbogatszych Polaków w tygodniku „Wprost” psycholog biznesu Jacek Santorski uznał, że Polska w swoim stosunku do bogatych przypomina raczej kraje Trzeciego Świata. Ma to być spuścizna wieków, kultury folwarcznej, gdzie był pan, wójt, pleban i chłopi, którymi można było handlować.


W trudnych czasach niechęć do oligarchii ujawnia się także w mniej rozwarstwionych społeczeństwach. Nawet w Ameryce. Niedawno prof. Cornel West, znany lewicowy intelektualista z Uniwersytetu Princeton, ogłosił, że Barack Obama to „czarna maskotka oligarchów z Wall Street i czarna marionetka korporacyjnych plutokratów”.

W Polsce najbogatsi są w dużej mierze sami winni swojej złej opinii. Wielu z nich w istocie pomogło sobie w interesach koneksjami z władzą i korzystało ze słabości prawa. Ale to nie jest główna przyczyna. Po prostu nie zabiegają o uznanie społeczne i nie dorównują hojnością swoim odpowiednikom na Zachodzie. Nie mają tak dobrze rozwiniętej potrzeby dzielenia się swoim bogactwem z resztą społeczeństwa.

Efekt jest taki, że jeśli ktoś da więcej, np. wyremontuje kościół, społeczeństwo patrzy podejrzliwie. Bo też w Polsce hojność nie zawsze jest bezinteresowna. Pozyskuje się życzliwość władz lokalnych, by popchnęły jakiś projekt, wspierając np. szpital.

Ostro kontrastuje to z działaniami zagranicznych miliarderów, o których ostatnio głośno. Wspomniany Warren Buffet zadeklarował przekazanie 99 proc. majątku na rzecz potrzebujących. Wraz z założycielem Microsoftu Billem Gatesem rozpoczęli w ubiegłym roku kampanię „The Giving Pledge”. Chcą przekonać najzamożniejszych Amerykanów, by przekazali na cele charytatywne co najmniej połowę majątku. Na apel odpowiedziało już kilkudziesięciu miliarderów. Uważają, że podstawą kapitalizmu jest niepisane zobowiązanie najbogatszych do dzielenia się z biedniejszymi.

W USA w dobrym tonie jest chwalić się wpłatami na szczytny cel. Miesięcznik „Forbes” publikuje listę najbardziej hojnych przedsiębiorców. Tymczasem polscy bogacze, jeśli prowadzą działania charytatywne, to po cichu, jakby to było coś wstydliwego. Wolą, by się tym zajmowały ich żony. Jakby pomaganie to była rzecz niegodna mężczyzny.