Posłowie partii rządzących chcą, żeby osoby spłacające kredyt we frankach nie musiały płacić dodatkowo za to, że chcą sami zapłacić ratę walutą kupioną w kantorze czy przywiezioną z zagranicy. Operacja zainicjowana przez PSL, do której w końcu dołączyła się PO, ma doprowadzić do zmniejszenia spreadów, czyli różnicy między kursem sprzedaży a kupna waluty. Banki zarabiały na tym krocie.

Antyspreadowa ofensywa ma oczywiście dobre strony, bo kredytobiorca będzie mógł kupić walutę tam, gdzie jest taniej, a nie polegać na tym, jaki kurs wymiany ustali sobie bank. Rynek stanie się przez to bardziej przejrzysty, bo tak naprawdę nikt nie był w stanie przewidzieć wysokości spreadu. Banki mogły robić, co chciały.

Ale jest i druga strona medalu: zyski banków z różnic kursowych były tak duże, że będą musiały je sobie czymś zrekompensować. Nie zrobią tego kosztem kredytobiorców, bo tego zabroni im prawdopodobnie ustawa. Co się więc stanie? Nietrudno przewidzieć: wzrosną opłaty za prowadzenie kont, pojawią się dodatkowe ubezpieczenia, bezpłatne transakcje w internecie mogą przejść do historii. Za wojenkę z bankami zapłaci więc każdy, nawet Bogu ducha winien zwykły Polak, który nigdy nie brał kredytu we frankach, bo wiedział, że zabawa walutami może być zbyt ryzykowna.

Tak kończy się walka administratorów z rynkiem: owszem, kaganiec zawsze można mu założyć, ale nigdy nie będzie on na tyle szczelny, by znowu nie zacząć gryźć.