Ktoś mógłby pomyśleć, że to ukryty program polityki rolnej PiS. Jeżeli jest, to oparty na fałszywych założeniach. Wbrew temu co pisze Kaczyński, ostatnie, czego potrzebuje polska wieś, to więcej troski ze strony państwa.

Żadna grupa społeczna, może z wyjątkiem górników, nie cieszy się tak troskliwą opieką państwa jak rolnicy. Preferencyjne składki emerytalne i zdrowotne. Bardzo liberalny system podatkowy, programy pomocy socjalnej i długa lista interwencyjnych programów pomocy. Za każdą nawałnicą, suszą, powodzią, świńską górką czy klęską urodzaju idą państwowe pieniądze. Państwo skupuje, państwo dopłaca, państwo wypłaca. Łączne dopłaty z dwóch filarów wynoszą dziś 320 euro na hektar. Faktycznie średnia europejska jest wyższa – 345 euro na hektar. Ale średnia oznacza, że Brytyjczycy, Hiszpanie, nie mówiąc o Łotyszach czy Estończykach, dostają mniej niż polscy rolnicy.

Wzrost cen żywności, na co narzeka Kaczyński, to jedna ze składowych wzrostu zamożności wsi. Nasz przemysł mleczny rozpycha się w Europie i stanowi zagrożenie dla niemieckiego. Polskie kurczaki weszły do pierwszej ligi, a polskie pomidory toczą bój z hiszpańskimi. Nic dziwnego, że wzrost realnego dochodu rolników rok do roku osiągnął 13,2 proc. Żadna grupa społeczna nie może pochwalić się takim wynikiem.

Jedyny sposób, w jaki można poprawić te liczby, to ograniczenie hojnych zasiłków socjalnych dla małorolnej biedoty wegetującej na wsi. Za mało mają ziemi, żeby z niej żyć, a za dużo otrzymują od państwa, żeby chciało im się szukać alternatywy w mieście. Ale program Kaczyńskiego jest inny – brać więcej z UE i jeszcze więcej rozdawać, konserwując nędzę tych, którzy zaniżają średnią.