Afera „News of the World” może się niestety odbić nie tylko na mediach należących do australijskiego magnata. Będzie znakomitą okazją do dezawuowania dziennikarstwa w znacznie szerszym planie. Można lubić tabloidy lub nie, ale starają się one patrzeć władzy na ręce, i to z reguły nie uciekając się do łamania prawa. Z kolei poważne dziennikarstwo śledcze to skomplikowana maszyneria, wymagająca dziesiątek i setek rozmów z ludźmi, którzy chcą pozostać anonimowi. Wymagająca również zdobywania dokumentów, także tych z pieczęcią „tajne”. Tak po prostu działa czwarta władza, realizując jedną ze swoich najpoważniejszych misji.

Teraz, gdy Murdoch musi się tłumaczyć przed brytyjskim parlamentem z działań swoich ludzi, w stosunku do innych dziennikarzy znacznie łatwiej będzie zadać pytanie, w jaki sposób weszli w posiadanie informacji. Po co? Ano po to, żeby próbować podważyć ich wiarygodność czy nadszarpnąć reputację, poprzez sugestie, że uciekali się do nieczystych metod. Pewnie tę próbę media wytrzymają, ale wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby okazało się, że praktyki z koncernu Murdocha stosowano także gdzie indziej.

Wówczas żadnym usprawiedliwieniem nie byłby to, że afera pseudodziennikarzy z „News of the World” nie wyszłaby na jaw, gdyby nie dziennikarze innych mediów, którzy dobrali im się do skóry.