Bez fanfar, armatnich wystrzałów, awantury między PO i PiS oraz oskarżeń o zdradę po cichu dokonuje się rewolucja. Sejmowa komisja konstytucyjna przyjęła projekt zmiany ustawy zasadniczej, która ma zagwarantować jej wyższość nad prawem unijnym. Choć pewnie euroentuzjaści będą mówić o naszej zaściankowości i antybrukselskich kompleksach, to jednak niewiele tak znaczących zmian ma szansę stać się udziałem obecnego Sejmu.

Do tej pory była wątpliwość, ponieważ deklaracja nr 17 dołączona do traktatu lizbońskiego mówi o pierwszeństwie prawa unijnego nad krajowym. Część prawników uznawała więc, że nasze sądy muszą bezwzględnie uznawać wyższość legislacji unijnej, część była przeciwnego zdania, podkreślając, że artykuł ten nie jest częścią prawa pierwotnego. Przypominali, że zapis taki został usunięty z pierwotnego tekstu traktatu lizbońskiego po tym, jak Francja i Holandia odrzuciły europejską konstytucję. A zrobiły to właśnie dlatego, że w ich prawodawstwie jest od dawna zapisana wyższość prawa krajowego nad unijnym.

Jeśli więc przyjęte przez komisję konstytucyjną poprawki uchwali parlament, wątpliwości nie będzie. Konsekwencje tego kroku nie będą jednak interesować wyłącznie ekspertów od prawa. To wzmocni nasz rząd, a polski Trybunał Konstytucyjny stanie się w pewnym sensie recenzentem europejskiego prawa. Jego ranga będzie więc większa.

Jeśli zmiany wejdą w życie – a mają szansę, bo popierają je dwie największe polskie partie polityczne oraz prezydent – Komisja Europejska i Parlament Europejski, przygotowując nowe rozwiązania prawne, będą musiały brać pod uwagę polską konstytucję. Nie chodzi tu oczywiście o dyrektywy czy rozporządzenia regulujące kwestie techniczne, ale generalne zasady decydujące np. o roli i pozycji naszego kraju w UE.

Jeśli więc za kilka lat zaczną się prace nad traktatem, który zastąpi lizboński – a możemy być pewni, że tak będzie – polski rząd będzie miał znacznie więcej argumentów negocjacyjnych. Będzie mógł blokować niekorzystne dla Polski zmiany nie tylko z powodów politycznych, ale również prawnych. W rzeczywistości znacznie mocniejszych.

Co więcej, nowe rozwiązania powodują, że próba zmiany ustroju UE, traktatu lizbońskiego lub każdego, jaki nastąpi po nim, nie na drodze umów międzynarodowych, ale zwykłej zmiany prawa i tak będzie musiała mieć akceptację polskiego parlamentu. Rośnie więc też rola Sejmu.

Zmiany takie państwa UE przyjmują w dwóch celach. Za pomocą tego narzędzia małe kraje, np. Czechy, starają się bronić przed dominacją „wielkich braci”. Dlatego m.in. zanim Praga przyjęła traktat z Lizbony, wcześniej akceptował go czeski trybunał konstytucyjny.

Większe kraje, np. Niemcy, podobny zapis wykorzystują do kreacji polityki. Starają się tak tworzyć prawo UE, by było one zgodne z interesami niemieckimi oraz jego prawem.

Tylko od nas zależy, do której grupy państw dołączymy. Czy skupimy się na roli hamulcowego, czy będziemy starali się uzyskać pozycję lidera, choćby lokalnego. Mówiąc inaczej, czy będziemy czekać, jakie prawo przygotuje nam Unia Europejska, czy będziemy tworzyć zręby prawa dla UE.

Druga rola jest oczywiście znacznie bardziej ambitna, ale wymaga ofensywy w myśleniu i działaniu. Ciekawe, że taką zmianę komisja konstytucyjna proponuje w czasie naszej prezydencji. W przedstawianych przez rząd założeniach Polska miała dać Unii nową energię. Na pierwszy rzut oka podnoszenie znaczenia prawa krajowego jest oznaką dystansowania się od głębszej integracji. Jednak ruch ten może być też przedstawiony inaczej – oto kraj, który jako jedyny przeszedł przez kryzys bez recesji, domaga się innego traktowania w Europie.