Europa z determinacją broni banki przed katastrofą. Upadek wielkich instytucji finansowych mógłby oznaczać nie tylko gigantyczne kłopoty gospodarek Starego Kontynentu, lecz także przepadek miliardowych oszczędności Francuzów, Hiszpanów czy Włochów na bankowych kontach. Takiej wpadki żaden polityk i żaden rząd nie byłby w stanie wytłumaczyć wyborcom.

Rządy wzięły na siebie zbyt wiele obowiązków: gwarantują bezpieczeństwo funkcjonowania państwa, dbają o edukację, infrastrukturę i kulturę, a także o stabilność systemu finansowego. Dlaczego to robią? Być może banki i wielkie konglomeraty finansowe w pogoni za zyskiem zagubiły po drodze jedną ze swoich podstawowych funkcji – zapomniały, że są instytucjami, do których trzeba mieć zaufanie, by oddać im w zarządzanie swoje oszczędności. Tę ich słabość skwapliwie wykorzystują politycy, który na niedoskonałościach rynku budują swoją władzę, wchodząc w role bankierów i menedżerów. W imię ochrony społeczeństwa przed złem, jakim według nich byłaby upadłość banków, coraz bardziej ingerują w funkcjonowanie gospodarki.

Na krótką metę taka polityka ma sens, bo chroni Europę przed gwałtownymi wstrząsami. Będzie tak długo skuteczna, dopóki starczy pieniędzy – z zaskórniaków państw i z podatków, które w imię świętego spokoju godzą się płacić obywatele. Gra z rynkiem skończy się, gdy kasa zaświeci pustkami.

W tej próbie sił stawką jest nie tylko przyszłość gospodarki, lecz także oszczędności Europejczyków. Jose Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, przypomina o tym na każdym kroku. I ma rację, bo bankowa zapaść musiałaby się odbić na stanie kont mieszkańców Starego Kontynentu. Oczywiście, rządy gwarantują wypłatę sporych sum w razie upadku banku, ale nie wszystkich i nie natychmiast. Poza tym trudno sobie wyobrazić, by państwo było w stanie w pełni zrealizować zobowiązania, gdyby rozkład banków dokonał się na masową skalę.

Polsce taki scenariusz nie grozi. Do tej pory banki radziły sobie same, z pomocą nadzoru finansowego udało im się nie wpaść w kłopoty. Ich wewnętrzne mechanizmy obronne działają na tyle sprawnie, że nie ma się czego obawiać. Owszem, nie są sympatyczne, gdy podnoszą raty kredytów albo żądają dodatkowych opłat z powodu zmiany ceny nieruchomości, na którą udzieliły kredytu. Jednak jest to cena, jaką płaci się za bezpieczeństwo, nie tylko właścicieli banku, lecz także zgromadzonych na jego kontach depozytów. Banki pożyczają przecież pieniądze dlatego, że spora część obywateli złożyła na ich kontach oszczędności. Co byłby wart bank, który rozdaje kredyty na lewo i prawo, a potem nie interesuje się ich spłatą? Takiej instytucji nie można zaufać. Bank, który z kieszeni oszczędzających na jego kontach Polaków wyjął pieniądze i pożyczył je innym, musi oddać je co do grosza.

Polskie banki radzą sobie z tym bez zarzutu. 435,8 mld zł depozytów polskich rodzin złożonych na ich kontach i 176,8 mld zł oszczędności firm jest bezpiecznych. Banki nie potrzebują ingerencji z zewnątrz, by zagwarantować ich spłatę.

A że polityczny establishment aż się pali, by pogrzebać w bankach, widać było po kampanii przeciwko spreadom. Oby tylko nie był to początek krucjaty, w której dobre samopoczucie kredytobiorców będzie ważniejsze od zaufania oszczędzających.