Przynajmniej do czasu. Na przykład do tego momentu, gdy kredytobiorcy zorientują się, że mimo cudownych recept kurs franka dalej chodzi swoimi drogami, a rozwiązania antyspreadowe nie są w stanie zmienić sytuacji zadłużonych. W dodatku banki nie poskromiły swojej chciwości i utracone zyski odbijają sobie w inny sposób, podwyższając opłaty różnorakim grupom klientów, także tym, którzy z kredytami w obcej walucie nie mieli nic wspólnego.

Taka jest rola banków, które niestety niewiele mają wspólnego z instytucjami charytatywnymi. Co nie znaczy, że podczas ciągnącej się już przez parę lat frankowej historii nie popełniły poważnych błędów. Po pierwsze – igrały z ogniem, udzielając kredytów w obcej walucie na 100 czy 130 procent wartości nieruchomości. Mamy tego skutki. Po drugie – bardzo często klientom marzącym o własnym mieszkaniu nie raczyły objaśnić paru rzeczy i zawrzeć ich w umowie kredytowej. Na przykład właśnie mechanizmu obliczania spreadów.

Teraz w obliczu pomysłów polityków banki bronią się, że są one niekonstytucyjne, gdyż odnoszą się do umów podpisanych już dawno temu, a prawo nie działa wstecz. Może to i racja, być może czeka nas sądowa batalia w tej sprawie. Ale od banków wypada oczekiwać przynajmniej jednego: żeby swoim własnym klientom odsłoniły mechanizm ustalania spreadów, żeby to w końcu było całkowicie jasne i żeby ludzie byli pewni, jakie wydatki czekają ich w tych trudnych czasach. Część banków, niestety mniejszość, przed tym zresztą się nie broni. Kto dołączy do tych odważnych?