Powtórka z koalicji na identycznych zasadach będzie bowiem fatalna. Główna zasada była taka, że spraw, o których jedna ze stron mówić nie chce, rząd w ogóle nie podejmuje. Dlatego przez całe cztery lata nie podejmowano problemu głębszej reformy KRUS, wcielenia rolników do powszechnego systemu podatkowego i niczego, co mogłoby się przyczynić do szybszej modernizacji tej mocno nieefektywnej gałęzi naszej gospodarki, jaką jest rolnictwo. Trybunał Konstytucyjny zmusił koalicję, żeby rozwiązał problem składek na zdrowie, których rolnicy także nie płacą, i już pierwsza przymiarka ludowców świadczy o tym, że nadal zamierzają grać z podatnikami w kulki. Waldemar Pawlak, zapewniając, że chciałby, aby rolnicy płacili składkę na zdrowie na takich samych zasadach jak pozostali Polacy, absolutnie nie ma zamiaru do tego dopuścić.

Po pierwsze – wszyscy pracujący Polacy płacą PIT, czyli podatek od dochodów osobistych, którego rolnicy nie płacą. Mimo że konstytucja nakazuje, by prawo wszystkich obywateli traktowało tak samo. Dopóki gospodarstwa rolne nie będą traktowane tak samo jak wszyscy inni przedsiębiorcy – o równym traktowaniu nie ma mowy. Absolwenta zakładającego jednoosobową firmę nikt nie pyta, czy osiąga wystarczające dochody, aby płacić miesięcznie 243 zł na zdrowie. Nie jest ważne, że większa część tej sumy została zawarta w PIT, a tylko 34 zł dopłaca on poza podatkiem, bo całą tę sumę NFZ od drobnego przedsiębiorcy otrzymał.

Z rolnikami powinno być tak samo. Tymczasem ludowcy chcieliby, abyśmy uznali, że PIT jest tym samym co w ich przypadku podatek rolny. Nie chodzi nawet o to, że ów podatek jest groszowy – wynosi zaledwie 94,10 zł od hektara rocznie. Od tego podatku rolnicy mieliby płacić na zdrowie zaledwie 1,25 proc., czyli niby tyle samo co my od PIT. Wynosiłoby to, w przypadku właściciela 20 hektarów – 24 zł rocznie. Tyle od rolnika otrzymywałby NFZ. Kpina.

Kpiną jest wmawianie nam, że podatek rolny jest tym samym co PIT. Otóż w Polsce, ale nie tylko u nas, podobny podatek płaci każdy właściciel kawałka ziemi, tyle że nie nazywa się on rolnym, ale gruntowym. Płaci go właściciel działki rekreacyjnej pod miastem albo w mieście, jest on także zawarty w cenie czynszu każdego mieszkania. Jego wysokość zależy od atrakcyjności położenia działki – na warszawskim Mokotowie właściciel kilkuset metrów kwadratowych płaci rocznie wiele tysięcy złotych. Z reguły wysokość tego podatku jest o wiele wyższa niż podatku rolnego – mimo że dla rolnika ziemia jest źródłem pieniędzy. Gminy nie przejmują się, że właścicieli starych domów w drogich dzielnicach nie stać na płacenie podatku gruntowego, choć płacą oni jeszcze PIT. Mogą sprzedać swoje domy i wyprowadzić się do tańszej dzielnicy. Tak samo powinno się traktować rolników. Jeśli nie potrafią zarabiać na ziemi, niech ją sprzedadzą innym, którzy będą umieli.


PO chciałaby, żeby składka rolników na zdrowie wynosiła około 35 zł miesięcznie. To także zły pomysł. Zacząć należy bowiem od podliczenia prawdziwych dochodów gospodarstw rolnych.

To od nich powinna zależeć wysokość składki na leczenie. Kolejne partie chłopskie od 20 lat wmawiają nam, że dochody rolników są zastraszająco niskie, ale żadna nie godzi się, aby je wreszcie zacząć liczyć. Bo wtedy będzie wiadomo na pewno. A bez tego o modernizacji rolnictwa możemy zapomnieć. Ładowanie pieniędzy w gospodarstwa, które są i pozostaną nieefektywne, nie ma ekonomicznego sensu. Jeśli w mieście właściciel firmy nie jest w stanie płacić zryczałtowanej składki na zdrowie, musi zwinąć interes.

Rolnicy powinni być traktowani tak samo. PSL mydli nam oczy.